Fragment powieści w dziesięciu odsłonach

21. paź, 2017

 

"Teatr snów" - część 1

 

    Tym, którzy choć raz słyszeli szept Tajemnicy

    – poświęcam

Iwona Anna Dylewicz

     

 

***

    Gdy niektóre zdarzenia stają się dla nas zbyt niezrozumiałe i prawie nierealne, niewygodne wspomnienie o nich wtrącamy do mrocznych lochów wyobraźni, pozwalając, by naszą rzeczywistością rządziła rutyna.

    Dlatego nie przeżywamy niedomkniętych nocy, kiedy świece umierają…

 

I. Sąd

Proces. Czarny Anioł

    Gdzie ja jestem? – Ruda rozejrzała się niespokojnie, bo choć dobrze znała to otoczenie, dziś wszystko wokół wydawało się dziwnie obce i nieprzyjazne.

    Milknące echo kroków kobiety wyznaczało rytm bicia jej serca. Wędrowała automatycznie od jednej budki telefonicznej do następnej, by usłyszeć niezmiennie ten sam sygnał – nieobecności. Taki przedziwny cykl życia i śmierci. Zmartwychwstawania. Serce Rudej na chwilę zamierało w nadziei – wykręcała numer, całą uwagę skupiając na magii siedmiu cyfr. Lecz na nic zdały się szeptanki, zaklęcia. Tego wieczoru czary kobiety straciły swą niezwykłą moc – telefon milczał, a w jej spojrzenie wkradła się pustka. Ból osobowości dopadł Rudą niespodziewanie, rozpierając usta do krzyku. Rozdarta i nieszczęśliwa kobieta miotała się w swej cielesnej powłoce, wydając z siebie tylko żałosne miauczenie, i powoli traciła siły. Właściwie sama była sobie winna – mogła przecież krzyczeć. Mogła? Zacisnęła usta zbyt mocno. Nie to miejsce, nie ta pora, nie to życie.

    Tej nocy Ruda spała źle. Właściwie nie źle, lecz twardo. Ucieczka przed własną osobowością w świat ułudnego spokoju wywołanego lekami pozbawiła kobietę marzeń sennych, ale pozwoliła choć na chwilę przymknąć oczy wypalone księżycem. W końcu była tylko nocnym zwierzątkiem, kotem. Skuliła się na kocu, a jej czarne futro lśniło w promieniach wschodzącego słońca.

    – Śniłam o śmierci – mówiła, mrużąc oczy. – Takiej tragicznej, bolesnej. Snułam się najpierw opustoszałymi ulicami. Padał deszcz… Wtedy zjawił się ten dziwny autobus. Przyjechaliśmy w przerażające swym ogromem miejsce. Dla zwykłego śmiertelnika były to tylko potężne, biało-niebieskie wieżowce… Ale ja wiedziałam, że to krematoria!… Bałam się! Dookoła snuł się dym palonych dusz… To chyba piekło!… I jeszcze ten szpaler mnichów nienaturalnej wielkości! Każda postać zamiast twarzy miała trupią czaszkę. Wszystko brunatnoszare. Mroczne… A przez ten potworny korytarz biegnie człowiek z pochodnią. Dokąd on biegnie?… Kim są zakapturzeni?…

    – To mi się kojarzy z Beksińskim[1] – skwitował jej wywód Kefas. – A ty, Ruda, masz po prostu zbyt bujną wyobraźnię.

    Zbudziła się spłakana. Jeszcze długo jej ciałem wstrząsał urywany szloch. Wszystko wokół było obce. Kiedy wzrok przyzwyczaił się już do panującej ciemności, kobieta ujrzała widniejącą w oddali wąską smugę światła. Poszła w tamtym kierunku zwabiona blaskiem niczym ćma. Biało-niebieskie gmaszyska wystrzeliwały triumfalnie w niebo. Bury dym gęstniał z minuty na minutę… Krzyk zamarł Rudej na ustach. Nagle dwóch mnichów o trupich twarzach mocno chwyciło ją pod ręce.

    To wciąż mi się śni – pomyślała. – Chciałabym się w końcu obudzić. Dotkliwy ból ramion błyskawicznie uświadomił jej, że się myli. Coraz bardziej przerażona mijała długie korytarze tonące w bladoniebieskiej poświacie, kręte klatki schodowe z wyszczerbionymi poręczami. Wciąż jednak była w towarzystwie dziwnej eskorty.

    Muszę stąd uciec. – Ruda rozejrzała się gorączkowo, gdy stanęli przed świetlistymi drzwiami. Ten widok coś jej przypominał… Światło neonu na ścianie pokoju Mroku – przemknęło jej przez myśl. Ale tamto przejście było zawsze zamknięte… Stąd nie ma wyjścia! – stwierdziła przerażona.

    Wtedy to kątem oka kobieta dostrzegła szybko przybliżający się blask zapalonej pochodni. W kierunku Rudej biegł ów tajemniczy człowiek od mnichów.

    – Będziesz potrzebowała obrońcy – zaszemrał nad jej uchem. – Czeka cię długi proces, Ruda. W razie potrzeby zwróć się do mnie. Jestem Czarnym Aniołem – rzucił jakby od niechcenia i pobiegł dalej.

    Kiedy światełko jego pochodni znikło w mroku, świetliste drzwi otworzyły się bezszelestnie. Ruda odruchowo zatrzymała się w pół kroku. W kącie pomieszczenia o niekończących się białych ścianach długowłosy mężczyzna wił się w ekstatycznym tańcu. Przypominał jej kobrę napinającą ostrzegawczo swój kaptur tuż przed atakiem i kobieta znów panicznie pomyślała o ucieczce. Ale jak to zrobić? Niemożliwe! Jakby na potwierdzenie tego faktu jeden z mnichów pchnął ją wyraźnie zniecierpliwiony i trzęsąc dłonią pozbawioną ciała, wskazał na jarzące się w głębi ognisko. Tam, stłoczone dookoła niewielkiego płomienia, siedziały zakapturzone postacie i grzały swe pożółkłe kości. W pustych oczodołach dziwnie zgarbionych szkieletów migotliwie odbijał się blask ognia. Strażnicy wrót do piekieł! Zahipnotyzowana upiornym widokiem kobieta ze zgrozą spostrzegła, że właśnie sama staje się jednym z palących się drewienek. Zrobiło się jej potwornie gorąco. Wówczas bezcielesna ręka pochwyciła ją nagle – płonącą – i wrzuciła do płynącego obok strumienia. Ruda poczuła, że gaśnie i że jest jej zimno. Dostała dreszczy…

    Wtedy przebudziła się. Leżała na słomianym barłogu. Była cała mokra.

    – To chyba lochy – stwierdziła półgłosem, kiedy wysoko nad głową ujrzała maleńkie zakratowane okienko i skrawek nieba.

    Była noc. Ruda powoli zaczęła sobie przypominać ostatnie wydarzenia. Czarny Anioł wspominał coś o procesie…

    – Jaki proces? Co ja tu robię? – spytała głośno. – Wypuśćcie mnie stąd! – zaczęła krzyczeć. – Co chcecie ze mną zrobić?

    Gdy odpowiedziała jej głucha cisza, Ruda poczuła się jak osaczone zwierzątko. Usiadła bezsilnie na zimnej i wilgotnej posadzce. Krzyczała, dając ujście swojemu bólowi, rozpaczy, a przede wszystkim przerażeniu. Targała spazmatycznie długie włosy i wyła nieludzko… Potem przyszedł stan otępienia. Kobieta nie zareagowała na odgłos zbliżających się kroków ani nawet wtedy, gdy drzwi od jej więzienia otworzyły się z łoskotem.

  

c.d.n.

 

[1] Zdzisław Beksiński (1929–2005) – polski malarz, fotograf, rysownik. W tekście mowa o obrazie pt. „Pochodnia”.

 

©2016 Iwona Anna Dylewicz

 

9. paź, 2016

 

"Teatr snów" - część 2

 

Ruda. Spotkanie

    Dźwięk telefonu wyrwał mnie ze snu. Chwiejnym krokiem podeszłam do aparatu.

    – Halo?! – Znajomy głos radośnie zabrzmiał w słuchawce. – Cześć, Ruda! Nie mogłem się z tobą skontaktować. – Zwykle małomówny Kefas był wyraźnie ożywiony. – Co robisz? Możemy się spotkać?

    – Mam dziś cały wieczór wolny. – Spojrzałam na zegarek. – Za pół godziny będę gotowa.

    – Nie wierzę we własne szczęście. – Po drobnej uszczypliwości padła obietnica: – Znajdę cię na Placu. Mam dla ciebie niespodziankę.

    – Tylko mnie rozpoznaj – odparłam, kończąc niespodziewaną rozmowę.

    Kefasa spotkałam jakiś miesiąc temu u znajomych. Właściwie „spotkałam” to nie jest dobre słowo. Ten postawny mężczyzna o niebanalnej osobowości i duszy artysty przyszedł do nich w odwiedziny i już na progu przywitał mnie zagadkowymi słowami:

    – W końcu cię wyśniłem, Ruda.

    Poczułam niepokój, a zarazem dziwny pociąg do nieznajomego. Wprawdzie próbował zgrywać twardziela, ale pod tą maską krył się niepoprawny marzyciel. I choć mówi się, że oczy to zwierciadła duszy, wtedy w jego przepastnym spojrzeniu ujrzałam jedynie swoje mocno zniekształcone odbicie. Jak w stłuczonym lustrze…

    Zrobiłam szybko makijaż, przebrałam się – wszystko w tonacji złotobrązowo-czarnej niczym noc, gdy światła bywają zazwyczaj żółtawe, a cienie często są szare, brunatne czy wręcz granatowe. Z kocią zwinnością wyskoczyłam przez okno i pogrążyłam się w mroku. Autobus właśnie podjeżdżał.

    Kiedy przyjechałam w umówione miejsce, Kefasa jeszcze nie było. Cierpliwość nigdy nie należała do moich mocnych stron, więc czekanie dłużyło mi się niemiłosiernie. Dostrzegłam go dopiero po chwili. Stał w oddali i badawczo mi się przyglądał. Pomachałam na powitanie. Zbliżył się niepewnie.

    – Czy to naprawdę ty? – zawahał się. – Nigdy bym cię nie poznał, Ruda.

    – Ostrzegałam cię przecież – roześmiałam się.

    – Jesteś prawdziwą czarownicą. – Kefas podał mi rękę i udaliśmy się spacerem przez Miasto do Pokoju, miejsca, w którym światło księżyca staje się ciszą.

    Gdy stanęliśmy na klatce schodowej stuletniej kamienicy, mężczyzna zatrzymał się w pół kroku i znacząco położył sobie palec na ustach.

    – Cicho. Sąsiadka na pewno podgląda przez dziurkę od klucza. Nie chciałbym, żeby ta plotkara cię widziała.

    – Nie bój się – powiedziałam uspokajająco. – Ja już wiem, co robić.

    Trzy świece odbijające się w lustrze napełniły Pokój złocistym blaskiem. Usiedliśmy w najbardziej mrocznym kącie.

    – Wiesz, Ruda – szepnął Kefas – kocham cię i zupełnie nie wiem, co z tym zrobić. Zachwycasz mnie, przerażasz, a zarazem bolisz… Odczuwam ostatnio głęboką potrzebę modlitwy, ale musiałbym modlić się do ciebie, Ruda…

    Moje długie włosy, kontrastujące z czarno-złotym strojem, jarzyły się miedzianym połyskiem.

    Zbliżała się północ – pora, gdy czary zaczęły nabierać niezwykłej mocy. Kiedy piliśmy wodę, miała ona smak najlepszego wina… Słowa zamieniły się w szemrzący potok. Wypowiadane przeze mnie należały do Kefasa, kiedy mówił on – słyszałam siebie. Czyżby jedna osoba w dwóch różnych powłokach cielesnych?… A czas?… Czas zaczął się rozciągać.

    Nawet świece nie gasły zwyczajnie. One umierały, każda inaczej. Jedna szybko… Druga wolno, z jakimś rozpaczliwym pragnieniem dalszego świecenia… Trzecia – wydając z siebie ostatni błysk – pogrążyła Pokój w mroku. Tylko jedno źródło światła pociągało swą niesamowitością – świetliste drzwi na ścianie. Były jednak zamknięte.

    – Jesteś ciągle inna, zmieniasz się z minuty na minutę – szeptał Kefas.

    Patrzył z zachwytem, jak zapalam papierosa, a dym układa się w przedziwne, ulotne kształty.

    Niedomknięta noc…                       

    Świtało. Pokój Mroku Kefas opuszczał samotnie, ku zaskoczeniu wścibskiej sąsiadki. Kiedy zamykał drzwi i schodził po schodach, ciekawska kobieta, słysząc moje miauczenie, ujrzała jedynie znikający cień czarnego kota…

 

 

c.d.n.
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz

 

9. paź, 2016

 

"Teatr snów" - część 3

 

Oskarżenie

    Salę sądową oświetlały pochodnie. W ich blasku trupie twarze mnichów zdawały się jeszcze bardziej przerażające. Za masywnym drewnianym stołem ukryty w lekkim półmroku siedział Sędzia. Miał czerwone, świecące jak rozżarzone węgle oczy i sine usta. Czaszka, porośnięta tylko kępkami rozwichrzonych włosów, prześwitywała kosmosem, co sprawiło, że wyraźnie było na niej widać ruchy planet, śmierć i narodziny gwiazd, eksplozje, komety, mgławice…

    Na środku sali, w powrozach i łachmanach, stała rudowłosa kobieta. Jej twarz wyrażała całkowitą obojętność, tylko w oczach przyczaił się zwierzęcy strach. Oddychała szybko, raz po raz zaciskając skrępowane dłonie. Nagle drzwi otworzyły się i wbiegł człowiek z pochodnią. To był Czarny Anioł.

    Wówczas jeden z mnichów wstał i chrapliwym głosem ogłosił początek rozprawy.

    – Obecna tu kobieta zwana Rudą będzie dzisiaj sądzona przez nasze szacowne Zgromadzenie – odczytał pompatycznie z wielkiej Księgi. – Mamy szereg dowodów, że Ruda to czarownica i heretyczka. Należy więc w Czas Zaćmienia Księżyca rozpatrzyć je, po czym wydać stosowny do przewinień wyrok.

    Inkwizycja – przemknęło Rudej przez myśl. Niedobrze.

    – Oddaję teraz głos oskarżycielowi – zakończył swój wywód zakapturzony szkielet, zamykając Księgę.

    Wtedy do mównicy podeszła postać jeszcze bardziej odrażająca. Prokuratorem był mnich równie wysoki jak pozostali, ale na jego bezcielesnej twarzy widać było resztki świeżo zakrzepłej krwi. Rudej zrobiło się słabo.

    – Dajcie jej łyk szampana – usłyszała z oddali, jakby przez mgłę. – Nie wolno nam przerywać rozprawy.

    Po chwili kobieta wróciła do siebie. Oskarżyciel zaczął odczytywać listę zarzutów.

    – Ruda to czarownica. Jest kotem, śni się innym – mówił z oburzeniem, gwałtownie gestykulując kościstymi dłońmi. – A przede wszystkim – zagrzmiał – Ruda kocha! Kocha mężczyznę, człowieka! – W pustych oczodołach mnicha rozjarzyło się na moment złowróżbne światło. – To heretyczka! – Jego głos odbijał się gniewnie od ścian sali i wracał do zgromadzonych. – Ona twierdzi, że istnieje miłość! Wobec powyższego domagam się najwyższego wymiaru kary! – zakończył.

    W tym momencie odezwał się Sędzia. Mimo monstrualnej postury i demonicznej wręcz fizjonomii miał bardzo dźwięczny i przyjemnie głęboki głos. Kiedy mówił, jego migoczące już oczy roziskrzyły się jeszcze bardziej.

    – Oskarżona ma głos. Co powiesz, Ruda, na swoją obronę?

    – Jestem niewinna! – krzyknęła kobieta. – Słyszycie, potwory? Jestem niewinna!

    Wzburzona wstrząsnęła włosami, które opadły na jej twarz. Na kamienną posadzkę sfrunęło kilka źdźbeł słomy. Wtedy niespodziewanie pojawiło się echo. Odbity od ścian głos zadźwięczał nagle w ciszy:

    – Winna, winna…

    Czyżbym sama na siebie wydawała wyrok? – pomyślała z przerażeniem.

    – To nieprawda! – krzyknęła.

    Echo powtórzyło:

    – Prawda, prawda…

    Na sali natychmiast zapanowało wyraźne poruszenie. Skrzekliwymi głosami, gorączkowo przy tym gestykulując, mnisi dość bezceremonialnie konsultowali się między sobą. Sędzia, rozdrażniony hałasem, uparcie starał się przywrócić spokój, z całych sił stukając swoim młotkiem. Po dłuższej chwili gwar wokół w końcu ucichł. Jedynie puste oczodoły zakapturzonych postaci wciąż pałały nienawiścią, a obnażone zęby zazgrzytały złowrogo na bezcielesnych twarzach.

    Jestem zgubiona! – Ruda zaczęła myśleć o ucieczce. Spojrzała w lewo i ujrzała Czarnego Anioła trzymającego pochodnię. Ich oczy się spotkały. Wtedy wydało się jej, że mężczyzna mrugnął porozumiewawczo. Kobieta rozejrzała się dumnie i powtórzyła spokojnie:

                     

    – Jestem niewinna. Nie mam nic więcej do powiedzenia.

 

c.d.n.
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz

 

9. paź, 2016

 

"Teatr snów" - część 4

  

Ruda. Miasto bez wyjścia

    Miasto cały czas pozostawało pogrążone w mroku. Potężne, opustoszałe gmaszyska przecinały gwiaździste niebo. Tylko ulice pulsowały własnym życiem. Tłumy mieszkańców poruszały się bezładnie w jakimś opętańczym biegu, ucieczce. Raz po raz rozlegały się strzały, słychać było krzyki, płacz, przekleństwa. Samochody pędziły na oślep. Miasto Nocy – Miasto‑Pułapka.

    Wsiadłam do swojej taksówki i jak zwykle o tej porze wyruszyłam na ulicę.

    – Trzeba pracować – westchnęłam ciężko.

    Po chwili zostałam porwana przez strumień jadących pojazdów. Tuż obok na chodniku chaotycznie przemykali piesi. Ktoś rzucił świecę dymną. Starałam się panować nad sytuacją – w Mieście trzeba walczyć o istnienie, inaczej zgraja rozszalałych ludzi zniszczy nawet pamięć o tobie.

    Mercedes bez przeszkód mknął oświetlonymi ulicami. Mijane dzielnice zmieniały swój charakter jak w kalejdoskopie – od niebezpiecznych, ponurych slumsów przez pełne barw sklepowe i rozrywkowe do ekskluzywnych, willowych. Tylko tłumy wszędzie były jednakowe. Włączyłam radio. W wieczornych wiadomościach znów zapowiadano melancholię, rozpacz, opady łez i śmierć.

    Zaczął kropić deszcz. Wycieraczki szumiały jednostajnie. Na sąsiednim chodniku rozpętała się jakaś awantura. Ktoś kogoś uderzył, ktoś zapłakał. Padły strzały. Wtedy zauważyłam uciekającą postać. Dogoniłam ją bez trudu.

    – Wsiadaj – rzuciłam, uchylając drzwiczki.

    Przystojny nieznajomy spojrzał na mnie z niedowierzaniem. W Mieście Bez Wyjścia przecież nikt nie okazuje sobie życzliwości. Wszyscy są wrogami wszystkich. Nawet śmierć nie uwalnia cię od tych przeklętych murów. Dusze pozostają, błądząc i zawodząc, okupują opustoszałe budynki. Właściwie tylko samobójstwo pozwala się stąd wydostać, ale do tego potrzeba odwagi. A ludzie się boją. Boją się siebie, innych…

    – Wsiadaj! – powtórzyłam stanowczo i wskazałam na fotel obok siebie.

    Mężczyzna rozejrzał się nieufnie i usiadł. Trzasnęły drzwiczki. Rozszalały tłum zaczął kierować się w naszą stronę. Ruszyłam szybko, zręcznie wymijając pędzące obok pojazdy. Po chwili byliśmy już w innej dzielnicy. Mimo warkotu silnika usłyszałam, jak mój nieoczekiwany pasażer odetchnął z ulgą.

    – Jesteś Kefas, prawda? – spytałam, przerywając milczenie.

    – Znasz mnie? – zdziwił się.

    – I tak, i nie – odpowiedziałam enigmatycznie.

    – Dlaczego mi pomogłaś? – Przyjrzał mi się badawczo. – Kim ty jesteś?

    – Nazywam się Ruda – odrzekłam. – I choć to dziwnie brzmi, jestem jednocześnie sobą – kobietą, i tobą – mężczyzną.

    W odpowiedzi uniósł brwi, ale nie spieszyłam się z wyjaśnieniami.

    Samochód mknął donikąd. Krążyliśmy po Mieście, nie dbając jednak o trasę przejazdu. Było to właściwie obojętne.

    – Dlaczego uciekałeś? – spytałam, choć już w zasadzie to wiedziałam.

    – Życie mnie przerasta. – Kefas wciąż był spięty. – Nie mogę pogodzić się, że jestem tu i teraz. Szukam stąd wyjścia…

    – Przecież ono właściwie nie istnieje – ucięłam, zapalając papierosa.

    Deszcz monotonnie uderzał o szyby. Szemrały wycieraczki.

    – To Miasto to przekleństwo – podjął.

    Ja tymczasem uważnie obserwowałam czerwoną toyotę, która od paru chwil wyraźnie za nami jechała.

    – Bądź już cicho! – przerwałam niegrzecznie. – Chyba nas śledzą. Kto to może być? – zastanawiałam się głośno.

    Kefas odwrócił się niespokojnie. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie.

    – Przyjaciele pana Cairo – jęknął. – Jesteśmy zgubieni.

    Każdy przejaw życzliwości tępiono tutaj z maniackim wręcz uporem. Wszędzie można było spotkać szpiegów, którzy obserwowali ludzi, a potem wydawali okrutne wyroki. Pan Cairo rządzi Miastem. To przez niego panuje wieczny mrok.

    Nie mając nic do stracenia, postanowiłam zaryzykować i uciec wysłannikom piekieł. Lecz gdy tylko dodałam gazu, tajemniczy samochód błyskawicznie rozpoczął pościg. Zrobiło się gorąco. Długo kluczyliśmy krętymi uliczkami, w zawrotnym tempie przecinaliśmy skrzyżowania, aż w końcu zgubiliśmy czerwoną toyotę. Kefas po raz drugi odetchnął z ulgą. Spojrzał na mnie uważnie.

    – Jesteś taka inna od tych tłumów. Czyżbyś wierzyła w miłość?

    Nie odpowiedziałam. Obecna sytuacja Miasta zaszczepiła w mieszkańcach strach. Kiedyś istnieli wyznawcy miłości, ale Cairo – kapłan nienawiści – zaczął ich prześladować. Chciał, by ludźmi rządziła jedynie wrogość wobec siebie i innych. Za jego sprawą Miasto stało się pułapką bez wyjścia. Nie istniało nawet wejście do niego.

    – A czy ty wierzysz? – spytałam po dłuższej chwili.

    – To jest jedyna droga – odparł. – Tragiczna miłość. Wiesz o tym równie dobrze, jak ja.                         

    Milczałam. Ognik palącego się papierosa raz po raz rozświetlał nasze twarze…

 

c.d.n.
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz

 

 
9. paź, 2016

 

"Teatr snów" - część 5

 

Proces. Markus

    – Przedstawcie na to dowody! – Czarny Anioł był wyraźnie wzburzony. – Udowodnijcie, że Ruda jest czarownicą.

    – A te tłumy mężczyzn, które stale ją otaczają? A zabawianie się czasem? – nie dawał za wygraną oskarżyciel.

    – To jeszcze o niczym nie świadczy. – Kłótnia między prawnikami stawała się coraz bardziej zażarta.

    Sędzia przerwał trwający spór.

    – Poprosić pierwszego świadka – rzekł zdecydowanie.

    Kobieta spojrzała z niepokojem na otwierające się drzwi. Zrozumiała, że znalazła się w niezbyt wesołej sytuacji.

    Na salę pewnym krokiem wszedł wysoki, charyzmatyczny mężczyzna, niedbale przeczesując palcami niesforne włosy. Ruda zadrżała.

    Skąd tutaj Markus? – pomyślała. – A jeśli mnie wyda?

    Tymczasem po zaprzysiężeniu świadka Sędzia zezwolił oskarżeniu na jego przesłuchanie.

    – Czy świadek Markus zna oskarżoną?

    Kobieta wstrzymała oddech.

    – Tak – padła odpowiedź.

    – Proszę nam opisać, gdzie i w jakich okolicznościach spotkaliście się po raz pierwszy.

    Mężczyzna zawahał się.

    – Właściwie daty nie pamiętam. Ale sam fakt utkwił głęboko w mojej pamięci. Takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień. – Urwał, zauważywszy zgaszone spojrzenie Rudej.

    – Co świadek miał na myśli, mówiąc, że takie rzeczy nie zdarzają się codziennie? – Każde słowo prokuratora zdawało się ociekać złością. – Proszę kontynuować – warknął.

    Markus natychmiast zrozumiał niezwykłość tego procesu. Rudej groziło niebezpieczeństwo.

    O co ją oskarżyli? – zapytał w duchu. – Jak mogę jej pomóc?

    – Przypominam, że za składanie fałszywych zeznań grozi świadkowi kara pozbawienia wolności. – Oskarżyciel był już wyraźnie zniecierpliwiony. – Proszę kontynuować!

    – Rudą poznałem w „Mroku”, takiej kawiarni w Mieście. Przyciągnęła mnie swoim intensywnym spojrzeniem. Podobała mi się, więc zaprosiłem ją na kolację, choć właściwie czułem, że muszę tak postąpić. Spędziliśmy razem naprawdę czarujący wieczór – wyjaśnił Markus.

    Sędzia udzielił głosu obrońcy.

    – A czym się świadek zajmuje? – spytał Czarny Anioł.

    – Jestem muzykiem. Śpiewam. – Ruda znała tę odpowiedź. Zamknęła oczy.

    W tym momencie wróciło żywe wspomnienie tamtego spotkania. Na Markusa zwróciła uwagę tuż przy wejściu. Siedział samotnie przy stoliku, rozmarzony, wręcz wniebowzięty… Myślami jakby nieobecny… Musiała go poznać, choć jeszcze wtedy nie wiedziała, że on śpiewa. Ich spojrzenia parokrotnie się spotkały… Zaśpiewał dla niej, grając na pianinie… Ona dla niego… Ten uroczy lekkoduch był jednocześnie cholernie zdolnym artystą… Poszli razem na kolację, pili szampana… Chyba go nawet przez chwilę kochała…

    – Dziękujemy świadkowi. Prosimy pozostać jeszcze do naszej dyspozycji. – Oskarżyciel triumfalnie spojrzał na Rudą, a jego słowa brutalnie sprowadziły kobietę na ziemię.

    Markus już miał wychodzić, ale Czarny Anioł powstrzymał go ruchem ręki.

    – Chciałbym zadać świadkowi jedno dodatkowe pytanie. – Słowa te skierował do Sędziego, który kiwnięciem głowy udzielił mu zgody.

    Młody mężczyzna wyczekująco spojrzał na obrońcę.

    – Czy świadek mógłby świadomie powiedzieć, że Ruda użyła sztuk czarnoksięskich przy waszym spotkaniu?

    Markus już się nie wahał. To pytanie uzmysłowiło mu celowość tego dziwnego procesu. Zrozumiał też obecność mnichów o trupich twarzach.

    – Nie – powiedział głośno. – To nie były czary. Ruda po prostu jest kobietą.

    – Czy są jeszcze jakieś pytania do świadka? – spytał Sędzia.

    Prawnicy wyjątkowo zgodnie zaprzeczyli ruchem głów.

    – Wobec tego świadek jest wolny.                                

    Ruda zamarła. Czuła, że za chwilę na sali rozpęta się piekło. Rzuciła rozpaczliwe spojrzenie Czarnemu Aniołowi, lecz mężczyzna z pochodnią zdawał się tego nie zauważyć. Zapanowała cisza, przerywana jedynie skrzypieniem gęsich piór na pergaminach. Przerażonej kobiecie przez moment wydawało się, że wszyscy o niej zapomnieli. Nawet Sędzia zagłębił się w kontemplacji kosmosu swojej czaszki…

 

c.d.n.
 
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz