9. paź, 2016

- 9 -

  

"Teatr snów" - część 9

 

Sen Kefasa

    Kefas jak zwykle jechał samochodem przez Las. Dziś wyjątkowo zależało mu na czasie. Chciał jeszcze przed północą znaleźć się w swoim mieszkaniu. Doskonale znana mu droga była kompletnie pusta, więc śmiało dodał gazu. Naraz gwiaździste dotąd niebo pokryło się deszczowymi, burzowymi wręcz chmurami. Zaczęło padać. Krajobraz posępniał z minuty na minutę. Widoczność spadała.

    Skąd nagle ta mgła? – pomyślał mężczyzna, nie zwalniając.

    Chwilę później zauważył na szosie zarys ludzkiej postaci. Na hamowanie było już za późno. Kefas usłyszał głuchy trzask i nieprzyjemny odgłos upadającego ciała. Zrobiło mu się gorąco.

    – Samobójca czy szaleniec? – zastanawiał się głośno, wybiegając z wozu.

    Na jezdni, parę metrów przed pojazdem, leżała skulona kobieta ubrana jedynie w mocno poszarpaną i dość brudną płócienną suknię. Na jej ciele jednak nie było widać żadnych obrażeń. Ani śladu krwi.

    Ostrożnie schylił się, by sprawdzić, co z nieprzytomną. Miała zamknięte oczy. Żyje? Mimo zdenerwowania Kefas przyjrzał się jej dość uważnie. Była trupioblada, prawie przezroczysta. Oddycha? Chciał dotknąć jej ramienia, ale jego ręka natknęła się jedynie na nawierzchnię szosy. W świetle reflektorów miedziane włosy leżącej zdawały się płonąć żywym ogniem. Smukłe dłonie zakończone połamanymi paznokciami ścisnęła w pięści – jakby przygotowana do obrony. Mężczyzna spojrzał na jej podkurczone nogi. Były bose, lecz… czyste!

    – Potrąciłem ją – wystękał roztrzęsiony.

    Ona potrzebuje pomocyGdzie znaleźć lekarza na takim pustkowiu? – pytał gorączkowo sam siebie. Ponownie nachylił się nad leżącą. Ale i tym razem jego ręce dotknęły asfaltu.

    – Jestem już zmęczony. – Spojrzał na zegarek. Dochodziła północ. – Mam dość. – Przetarł piekące oczy i zamarł…

    Szosa była pusta, ani śladu kobiety. Nawet mgła się rozrzedziła. Po chwili także ustał deszcz. Przemoczony i zdezorientowany mężczyzna wrócił do samochodu. Na przednim siedzeniu obok kierowcy siedział mokry, czarny kot.

    – Nic z tego nie rozumiem – zdenerwował się Kefas. – Najpierw ta kobieta-fatamorgana, a teraz ty. Może mi to wytłumaczysz? Pewnie jesteś głodny – zwrócił się półgłosem do zwierzaka, gdy ten ufnie przytulił się do jego kolan. – Zapraszam na kolację. Mam jeszcze trochę mleka w lodówce. – Podrapał kota za uchem. W odpowiedzi usłyszał krótkie miauknięcie.

    Tej nocy Kefas spał niespokojnie. Postać dziwnej kobiety zapanowała niepodzielnie nad jego snem. Raz widział ją leżącą, tak jak wtedy, na jezdni. Innym razem szła do niego, piękna, zielonooka.

    – Kim jesteś, Ruda? – pytał. – Kim jesteś? Czy ty w ogóle istniejesz?

    – Śnisz mnie, Kefasie? – odpowiadała mu daleka i rozmarzona. Nierzeczywista. – Kochasz swoje odwieczne pragnienie…

    Brała mężczyznę za rękę i szli w stronę biało-niebieskich wieżowców. Snuli się sennie wśród ponurych gmachów. Budził się kilkakrotnie, ale mruczenie czarnego kota przywracało mu spokój, więc zasypiał, by ponownie spotkać Rudą. Wiedział, że należy tylko do niego, kiedy oddawała mu swe ciało. Była dzika i nienasycona. Odchodziła, by wracać z jeszcze większą żarliwością.

    – Strzeż się pana Cairo – szeptała pośród pieszczot i przeciągała się jak kotka.

    Świtało. Kefas obudził się i oniemiał ze zdziwienia. Obok niego spała nieznajoma kobieta o włosach w kolorze płomienia. Pogładził ostrożnie jej ciepłą skórę. Po czarnym kocie ślad zaginął.

    – Czy ty w ogóle istniejesz?

Wyrok

    – Teraz już nie ma wątpliwości – krzyczał oskarżyciel o trupiej twarzy. – Ruda jest czarownicą. Mam na to niepodważalny dowód! – Zaśmiał się chrapliwie i wyjątkowo paskudnie.

    Kobieta wiedziała, kto będzie następnym świadkiem. Po chwili drzwi sali otworzyły się szeroko i niczym posąg stanął w nich Kefas.

    Nic im nie powiesz – pomyślała Ruda. – Jesteś mną. Tylko Czarny Anioł wie o tym.

    Nie myliła się. Każde pytanie oskarżyciela spotykało się jedynie z wymownym milczeniem wezwanego. Ta postawa mocno zdziwiła i zdenerwowała zakapturzone potwory. Ruda przeciągle spojrzała na Kefasa.

    Jesteś piękna. – Bezwstydnie zmierzył ją wzrokiem. – Szkoda, że to nasze ostatnie spotkanie

    W tym momencie Sędzia stracił cierpliwość i mężczyznę wyprowadzono z sali. Kobieta uśmiechnęła się triumfująco.

    – Jestem niewinna. Nic mi nie udowodnicie.

    Wtedy właśnie zdarzyła się rzecz niespodziewana. Mnich-oskarżyciel zarechotał szyderczo i powiedział:

    – W świetle pojawienia się nowych dowodów proszę po raz ostatni szacowne Zgromadzenie, by zechciało mnie wysłuchać. Mam jeszcze dwie sprawy, które pomogą wydać sprawiedliwy wyrok. – Spojrzał wyczekująco na Sędziego.

    Ten ruchem głowy wyraził swoje pozwolenie. Czarny Anioł zaniepokoił się. Był nierozmowny po wizycie w celi Rudej. Znał przecież prawdę…

    Tymczasem zakapturzony prokurator niemal pewien swego zwycięstwa w procesie wyjął z habitu świstek papieru.

    – Pozwólcie, że odczytam teraz treść zapisaną tu ręką oskarżonej. Różowe słonie (…) śpiące lizaki. – Delektował się każdym słowem, uważnie patrząc na reakcję kobiety. Podał kartkę Sędziemu, a ten odrzucił ją z wyraźną odrazą. – Ale to nie wszystko – podjął mnich z niesmakiem. – Oto wycinek z wczorajszego dziennika Miasta. Proszę o odczytanie druku – zwrócił się do Czarnego Anioła.

    Człowiek z pochodnią zadrżał.

    – Dzisiaj znaleziono zwłoki pary kochanków-samobójców: niejakiego Kefasa i tajemniczego pochodzenia Rudej – przeczytał wolno. – Ktokolwiek

    – Dosyć! – przerwał gwałtownie oskarżyciel. – Myślę, że wystarczy dowodów. Sprawa jest jasna. Ruda od paru dni jest przez nas uwięziona. Jakim cudem mogła popełnić samobójstwo? Przecież widzimy ją żywą!

    – To czarownica! – zaszemrało Zgromadzenie ponurych mnichów o trupich twarzach. – Na stos z nią!

    Kobieta stała z dumnie podniesioną głową. Jej zimny wzrok ciskał błyskawice nienawiści.

    Wtedy Sędzia przywołał wszystkich do porządku. Do niego należało oficjalne ogłoszenie ostatecznego wyroku.

    – Wobec przedstawionych mi dowodów uznaję obecną tu oskarżoną imieniem Ruda winną zarzucanych jej czynów i niniejszym skazuję na karę śmierci poprzez spalenie. Wyrok zostanie wykonany natychmiast.

    Czarny Anioł spuścił głowę i w obliczu poniesionej porażki zgasił płomień swojej pochodni. Jego klęska była nazbyt dotkliwa.

    – Przypominam – kontynuował Sędzia – że przed wykonaniem wyroku oskarżonej przysługuje prawo do ostatniego życzenia.

    Kobieta zawahała się, by po chwili głośno powiedzieć:

    – Chciałabym poznać nazwisko Sędziego.

    Odpowiedź przyprawiła ją o dreszcz niczym topór znienacka spadający na kark.

    – Cairo!

    W tym momencie dwóch mnichów pochwyciło Rudą i powlekło w stronę biało-niebieskich wieżowców.

    Tylko jedna osoba cierpiała, kiedy kruche ciało kobiety ogarniały płomienie. Był nią Czarny Anioł.                                             

    – To nie miało się tak skończyć… – szeptał do siebie. – Przecież byłaś mi bliska. To dla ciebie rozpaliłem swą pochodnię…

 

c.d.n.
 
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz