9. paź, 2016

- 6 -

 

"Teatr snów" - część 6

 

Ruda. Dzielnica Śmierci

    – Bez miłości nasze jutro staje się nigdy – rzekł Kefas.

    Taksówka mknęła przed siebie. Ścisnęłam mocniej kierownicę.

    – Dlaczego milczysz? – Mężczyzna zagłębił dłoń w moich miedzianych włosach. – Czyżbyś chciała pozostać w Mieście?

    Wiedziałam, że Kefas pragnie wyzwolenia, jak każdy. Ból istnienia był tutaj czymś tak naturalnym jak głód – równie silny i równie obezwładniający.

    – Myślisz, że możemy otworzyć drogę innym? – Spojrzałam niespokojnie na mojego towarzysza. – Przecież nikt jeszcze tego nie dokonał.

    – Popatrz – rzekł nagle Kefas. – Co za osobliwa dzielnica!

    W oddali stały biało-niebieskie wieżowce otoczone chmurami dymu. Jakieś dziwne źródło światła rozjaśniało je od wewnątrz. Były potężne i niedostępne. W tym momencie oboje poczuliśmy swąd palonych ciał.

    – To krematoria – szepnęłam przerażona.

    W miarę jak samochód zbliżał się do owych budynków, warkot silnika zagłuszyły jęki, wzmagające się z każdą sekundą. Zwróciłam wzrok na Kefasa. Jego oczy…

    – Dzielnica Śmierci pana Cairo. Uciekajmy!

    Błyskawicznie zawróciłam pojazd i krzyk przerażenia uwiązł mi w gardle. Wzdłuż ulicy stali ogromnego wzrostu zakonnicy o trupich twarzach. Ich puste oczodoły świeciły nienawiścią.

    – Co robić?! – krzyknęłam histerycznie. – Przecież wystarczy, że jeden z nich się ruszy i zostaniemy zmiażdżeni! – Strach paraliżował mnie i skutecznie odbierał zdolność logicznego myślenia. Z nerwów sięgnęłam po papierosa, ale nie mogłam go zapalić. Trzęsły mi się ręce.

    Na krótką chwilę zapadło niewygodne milczenie.

    – Czy jesteś zdecydowana na wszystko? – Kefas przerwał ciszę.

    – Tak – wydusiłam zbielałymi ustami. – Chcę się stąd wydostać. Za wszelką cenę! – Desperacko dodałam gazu. Wśród posępnych mnichów zapanowało nagłe poruszenie. Zaczęłam głośno panikować. – Już po nas! Zginiemy! – Odruchowo zahamowałam i zbyt gwałtownie skręciłam, gdy kilku z nich zdążyło wyjść na drogę i zablokować przejazd. Nagle zobaczyłam kościste łapska wyciągnięte w naszą stronę i auto zatańczyło pomiędzy zakapturzonymi szkieletami. Ledwo uniknęliśmy zderzenia.

    – Chcesz nas pozabijać?! Uspokój się! Teraz puść mnie za kółko! – wrzasnął mój pasażer, przytomnie łapiąc za kierownicę. – Zapnij pasy. Ruszamy! – rozkazał, gdy w końcu bezpiecznie zamieniliśmy się miejscami.

    Zacisnęłam mocno powieki i zdałam się na Kefasa. Poczułam, że brakuje powietrza. Dym zaczął nas dusić. Przejeżdżaliśmy przez Dzielnicę Śmierci.

    – Zamknij okno! – krzyknął czujnie mężczyzna. – Nie oglądaj się!

    Pęd mknącego samochodu wciskał nas głęboko w fotele. Usłyszałam jeszcze strzały i tupot biegnących monstrów. Musiałam na moment stracić przytomność, bo kiedy otworzyłam oczy, jechaliśmy już dobrze znanymi mi ulicami Miasta.

    – Jesteśmy straceni. – W głosie Kefasa zabrzmiała rezygnacja. – Cairo nie daruje nam tej ucieczki, Ruda! – Potrząsnął mną energicznie. – Jest tylko jedno wyjście…

    Spojrzał na mnie wyczekująco.

    – Jedziemy! – zadecydowałam.

    Tam, gdzie się znaleźliśmy, panował względny spokój, a pojedyncze postacie chyłkiem przemykały pod murami zrujnowanych budynków. Gęstniejąca mgła sprzyjała naszym zamiarom.

    Po chwili byliśmy już na autostradzie na wzgórzu. Pod nami widniała przepaść. Wołała nas. Oboje słyszeliśmy ten wabiący głos śmierci.

    Kefas zatrzymał samochód tuż na skraju otchłani i mocno objął mnie ramieniem.

    – Zastanów się – wyszeptał. – Czy naprawdę tego pragniesz? Musimy to zrobić. – Ścisnął mnie za ręce. – To jedyny sposób, aby wyrwać się ze szponów Cairo.

    Kiwnęłam głową. Byłam zdecydowana na wszystko.

    Wtedy mężczyzna wyjął brzytwę…

 

Przerwana rozprawa

    Ruda obudziła się w całkowitych ciemnościach. Nie wiedziała, ile czasu tu spędziła. Pamiętała jedynie Markusa i że proces został przerwany. Leżała na kocu, próbując przyzwyczaić wzrok do panującego mroku. Kiedy jej kocie oczy zaczęły rozróżniać kształty, wstała, żeby rozprostować obolałe ciało.

    Wtedy potknęła się o jakieś przedmioty, coś zaszeleściło. Kobieta schyliła się zaciekawiona i ostrożnie badając grunt rękami, znalazła butelkę szampana, orzeszki ziemne i paczkę papierosów. Stało tam coś jeszcze. Kształtem przypominało niewielkie naczynko.

    – Dbają tu o mnie, nie ma co – mruknęła do siebie z przekąsem.

    Zapaliła zapałkę i rozejrzała się dookoła. To nie była cela, w której obudziła się poprzednim razem.

    Kamienne ściany wieńczyło ginące w mroku półkoliste sklepienie. Cały ten widok przywiódł jej na myśl średniowieczne podziemne lochy. Gdzieś w oddali kapała woda.

    – Całkiem niezłe te orzeszki – stwierdziła Ruda z zadowoleniem. Była głodna, więc z pustych łupinek powstał już mały kopczyk.

    Orzeszkowe ognisko! – błysnęła jej myśl. Kolejną zapałkę wrzuciła na stosik. Nagły ogień rozświetlił pomieszczenie.

    Kobieta ostrożnie odkorkowała butelkę i nalała złocistego płynu do – jak się właśnie okazało – stojącego na kamiennej posadzce kubeczka. Wszędzie było czysto, co wydało się jej dość podejrzane. Alkohol miło rozgrzewał wnętrzności… Zapaliła papierosa.

    Ognisko z orzechowych łupinek strzelało i jarzyło się w ciemnościach. Patrząc na ulotne kształty dymu, Ruda spostrzegła w mroku czyjąś niewyraźną sylwetkę. Czyżby nie była tu sama?

    – Wiedziałam, że znów się spotkamy, Kefasie. – Podeszła do siedzącego mężczyzny. Przytulił ją w milczeniu i pogładził jej miedziane włosy.

    – Jesteś piękna – szepnął. – Chciałbym, żeby ta chwila mogła trwać wiecznie.

    – Nic prostszego. – Rzuciła mu zalotne spojrzenie.

    Wyswobodziła się z jego objęć i krążąc bezszelestnie wokół orzeszkowego płomienia niczym ćma, zaczęła śpiewać. Jej dźwięczny, czysty głos pochwyciło echo. Kefasowi wydawało się, że tę zniewalającą melodię nuci kilka osób. Było to urzekające wrażenie.

    Kobieta śpiewała dla niego tęskną pieśń. Chciała wyrazić w niej całą swoją nadzieję, ból, zachwyt i cierpienie. Wiedziała bowiem, że tak naprawdę nigdy nie będą razem.

    Mężczyzna nalał sobie szampana i słuchał, słuchał, słuchał…                                      
    – Powiedz, Ruda: kim jesteś? – pytał z zachwytem. – Twój wzrok mnie przeraża. Kim jesteś?

               

c.d.n. 
 
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz