9. paź, 2016

- 4 -

 

"Teatr snów" - część 4

  

Ruda. Miasto bez wyjścia

    Miasto cały czas pozostawało pogrążone w mroku. Potężne, opustoszałe gmaszyska przecinały gwiaździste niebo. Tylko ulice pulsowały własnym życiem. Tłumy mieszkańców poruszały się bezładnie w jakimś opętańczym biegu, ucieczce. Raz po raz rozlegały się strzały, słychać było krzyki, płacz, przekleństwa. Samochody pędziły na oślep. Miasto Nocy – Miasto‑Pułapka.

    Wsiadłam do swojej taksówki i jak zwykle o tej porze wyruszyłam na ulicę.

    – Trzeba pracować – westchnęłam ciężko.

    Po chwili zostałam porwana przez strumień jadących pojazdów. Tuż obok na chodniku chaotycznie przemykali piesi. Ktoś rzucił świecę dymną. Starałam się panować nad sytuacją – w Mieście trzeba walczyć o istnienie, inaczej zgraja rozszalałych ludzi zniszczy nawet pamięć o tobie.

    Mercedes bez przeszkód mknął oświetlonymi ulicami. Mijane dzielnice zmieniały swój charakter jak w kalejdoskopie – od niebezpiecznych, ponurych slumsów przez pełne barw sklepowe i rozrywkowe do ekskluzywnych, willowych. Tylko tłumy wszędzie były jednakowe. Włączyłam radio. W wieczornych wiadomościach znów zapowiadano melancholię, rozpacz, opady łez i śmierć.

    Zaczął kropić deszcz. Wycieraczki szumiały jednostajnie. Na sąsiednim chodniku rozpętała się jakaś awantura. Ktoś kogoś uderzył, ktoś zapłakał. Padły strzały. Wtedy zauważyłam uciekającą postać. Dogoniłam ją bez trudu.

    – Wsiadaj – rzuciłam, uchylając drzwiczki.

    Przystojny nieznajomy spojrzał na mnie z niedowierzaniem. W Mieście Bez Wyjścia przecież nikt nie okazuje sobie życzliwości. Wszyscy są wrogami wszystkich. Nawet śmierć nie uwalnia cię od tych przeklętych murów. Dusze pozostają, błądząc i zawodząc, okupują opustoszałe budynki. Właściwie tylko samobójstwo pozwala się stąd wydostać, ale do tego potrzeba odwagi. A ludzie się boją. Boją się siebie, innych…

    – Wsiadaj! – powtórzyłam stanowczo i wskazałam na fotel obok siebie.

    Mężczyzna rozejrzał się nieufnie i usiadł. Trzasnęły drzwiczki. Rozszalały tłum zaczął kierować się w naszą stronę. Ruszyłam szybko, zręcznie wymijając pędzące obok pojazdy. Po chwili byliśmy już w innej dzielnicy. Mimo warkotu silnika usłyszałam, jak mój nieoczekiwany pasażer odetchnął z ulgą.

    – Jesteś Kefas, prawda? – spytałam, przerywając milczenie.

    – Znasz mnie? – zdziwił się.

    – I tak, i nie – odpowiedziałam enigmatycznie.

    – Dlaczego mi pomogłaś? – Przyjrzał mi się badawczo. – Kim ty jesteś?

    – Nazywam się Ruda – odrzekłam. – I choć to dziwnie brzmi, jestem jednocześnie sobą – kobietą, i tobą – mężczyzną.

    W odpowiedzi uniósł brwi, ale nie spieszyłam się z wyjaśnieniami.

    Samochód mknął donikąd. Krążyliśmy po Mieście, nie dbając jednak o trasę przejazdu. Było to właściwie obojętne.

    – Dlaczego uciekałeś? – spytałam, choć już w zasadzie to wiedziałam.

    – Życie mnie przerasta. – Kefas wciąż był spięty. – Nie mogę pogodzić się, że jestem tu i teraz. Szukam stąd wyjścia…

    – Przecież ono właściwie nie istnieje – ucięłam, zapalając papierosa.

    Deszcz monotonnie uderzał o szyby. Szemrały wycieraczki.

    – To Miasto to przekleństwo – podjął.

    Ja tymczasem uważnie obserwowałam czerwoną toyotę, która od paru chwil wyraźnie za nami jechała.

    – Bądź już cicho! – przerwałam niegrzecznie. – Chyba nas śledzą. Kto to może być? – zastanawiałam się głośno.

    Kefas odwrócił się niespokojnie. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie.

    – Przyjaciele pana Cairo – jęknął. – Jesteśmy zgubieni.

    Każdy przejaw życzliwości tępiono tutaj z maniackim wręcz uporem. Wszędzie można było spotkać szpiegów, którzy obserwowali ludzi, a potem wydawali okrutne wyroki. Pan Cairo rządzi Miastem. To przez niego panuje wieczny mrok.

    Nie mając nic do stracenia, postanowiłam zaryzykować i uciec wysłannikom piekieł. Lecz gdy tylko dodałam gazu, tajemniczy samochód błyskawicznie rozpoczął pościg. Zrobiło się gorąco. Długo kluczyliśmy krętymi uliczkami, w zawrotnym tempie przecinaliśmy skrzyżowania, aż w końcu zgubiliśmy czerwoną toyotę. Kefas po raz drugi odetchnął z ulgą. Spojrzał na mnie uważnie.

    – Jesteś taka inna od tych tłumów. Czyżbyś wierzyła w miłość?

    Nie odpowiedziałam. Obecna sytuacja Miasta zaszczepiła w mieszkańcach strach. Kiedyś istnieli wyznawcy miłości, ale Cairo – kapłan nienawiści – zaczął ich prześladować. Chciał, by ludźmi rządziła jedynie wrogość wobec siebie i innych. Za jego sprawą Miasto stało się pułapką bez wyjścia. Nie istniało nawet wejście do niego.

    – A czy ty wierzysz? – spytałam po dłuższej chwili.

    – To jest jedyna droga – odparł. – Tragiczna miłość. Wiesz o tym równie dobrze, jak ja.                         

    Milczałam. Ognik palącego się papierosa raz po raz rozświetlał nasze twarze…

 

c.d.n.
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz