9. paź, 2016

- 2 -

 

"Teatr snów" - część 2

 

Ruda. Spotkanie

    Dźwięk telefonu wyrwał mnie ze snu. Chwiejnym krokiem podeszłam do aparatu.

    – Halo?! – Znajomy głos radośnie zabrzmiał w słuchawce. – Cześć, Ruda! Nie mogłem się z tobą skontaktować. – Zwykle małomówny Kefas był wyraźnie ożywiony. – Co robisz? Możemy się spotkać?

    – Mam dziś cały wieczór wolny. – Spojrzałam na zegarek. – Za pół godziny będę gotowa.

    – Nie wierzę we własne szczęście. – Po drobnej uszczypliwości padła obietnica: – Znajdę cię na Placu. Mam dla ciebie niespodziankę.

    – Tylko mnie rozpoznaj – odparłam, kończąc niespodziewaną rozmowę.

    Kefasa spotkałam jakiś miesiąc temu u znajomych. Właściwie „spotkałam” to nie jest dobre słowo. Ten postawny mężczyzna o niebanalnej osobowości i duszy artysty przyszedł do nich w odwiedziny i już na progu przywitał mnie zagadkowymi słowami:

    – W końcu cię wyśniłem, Ruda.

    Poczułam niepokój, a zarazem dziwny pociąg do nieznajomego. Wprawdzie próbował zgrywać twardziela, ale pod tą maską krył się niepoprawny marzyciel. I choć mówi się, że oczy to zwierciadła duszy, wtedy w jego przepastnym spojrzeniu ujrzałam jedynie swoje mocno zniekształcone odbicie. Jak w stłuczonym lustrze…

    Zrobiłam szybko makijaż, przebrałam się – wszystko w tonacji złotobrązowo-czarnej niczym noc, gdy światła bywają zazwyczaj żółtawe, a cienie często są szare, brunatne czy wręcz granatowe. Z kocią zwinnością wyskoczyłam przez okno i pogrążyłam się w mroku. Autobus właśnie podjeżdżał.

    Kiedy przyjechałam w umówione miejsce, Kefasa jeszcze nie było. Cierpliwość nigdy nie należała do moich mocnych stron, więc czekanie dłużyło mi się niemiłosiernie. Dostrzegłam go dopiero po chwili. Stał w oddali i badawczo mi się przyglądał. Pomachałam na powitanie. Zbliżył się niepewnie.

    – Czy to naprawdę ty? – zawahał się. – Nigdy bym cię nie poznał, Ruda.

    – Ostrzegałam cię przecież – roześmiałam się.

    – Jesteś prawdziwą czarownicą. – Kefas podał mi rękę i udaliśmy się spacerem przez Miasto do Pokoju, miejsca, w którym światło księżyca staje się ciszą.

    Gdy stanęliśmy na klatce schodowej stuletniej kamienicy, mężczyzna zatrzymał się w pół kroku i znacząco położył sobie palec na ustach.

    – Cicho. Sąsiadka na pewno podgląda przez dziurkę od klucza. Nie chciałbym, żeby ta plotkara cię widziała.

    – Nie bój się – powiedziałam uspokajająco. – Ja już wiem, co robić.

    Trzy świece odbijające się w lustrze napełniły Pokój złocistym blaskiem. Usiedliśmy w najbardziej mrocznym kącie.

    – Wiesz, Ruda – szepnął Kefas – kocham cię i zupełnie nie wiem, co z tym zrobić. Zachwycasz mnie, przerażasz, a zarazem bolisz… Odczuwam ostatnio głęboką potrzebę modlitwy, ale musiałbym modlić się do ciebie, Ruda…

    Moje długie włosy, kontrastujące z czarno-złotym strojem, jarzyły się miedzianym połyskiem.

    Zbliżała się północ – pora, gdy czary zaczęły nabierać niezwykłej mocy. Kiedy piliśmy wodę, miała ona smak najlepszego wina… Słowa zamieniły się w szemrzący potok. Wypowiadane przeze mnie należały do Kefasa, kiedy mówił on – słyszałam siebie. Czyżby jedna osoba w dwóch różnych powłokach cielesnych?… A czas?… Czas zaczął się rozciągać.

    Nawet świece nie gasły zwyczajnie. One umierały, każda inaczej. Jedna szybko… Druga wolno, z jakimś rozpaczliwym pragnieniem dalszego świecenia… Trzecia – wydając z siebie ostatni błysk – pogrążyła Pokój w mroku. Tylko jedno źródło światła pociągało swą niesamowitością – świetliste drzwi na ścianie. Były jednak zamknięte.

    – Jesteś ciągle inna, zmieniasz się z minuty na minutę – szeptał Kefas.

    Patrzył z zachwytem, jak zapalam papierosa, a dym układa się w przedziwne, ulotne kształty.

    Niedomknięta noc…                       

    Świtało. Pokój Mroku Kefas opuszczał samotnie, ku zaskoczeniu wścibskiej sąsiadki. Kiedy zamykał drzwi i schodził po schodach, ciekawska kobieta, słysząc moje miauczenie, ujrzała jedynie znikający cień czarnego kota…

 

 

c.d.n.
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz