21. paź, 2017

powieść z gatunku realizmu magicznego

 

"Teatr snów" - część 1

 

    Tym, którzy choć raz słyszeli szept Tajemnicy

    – poświęcam

Iwona Anna Dylewicz

     

 

***

    Gdy niektóre zdarzenia stają się dla nas zbyt niezrozumiałe i prawie nierealne, niewygodne wspomnienie o nich wtrącamy do mrocznych lochów wyobraźni, pozwalając, by naszą rzeczywistością rządziła rutyna.

    Dlatego nie przeżywamy niedomkniętych nocy, kiedy świece umierają…

 

I. Sąd

Proces. Czarny Anioł

    Gdzie ja jestem? – Ruda rozejrzała się niespokojnie, bo choć dobrze znała to otoczenie, dziś wszystko wokół wydawało się dziwnie obce i nieprzyjazne.

    Milknące echo kroków kobiety wyznaczało rytm bicia jej serca. Wędrowała automatycznie od jednej budki telefonicznej do następnej, by usłyszeć niezmiennie ten sam sygnał – nieobecności. Taki przedziwny cykl życia i śmierci. Zmartwychwstawania. Serce Rudej na chwilę zamierało w nadziei – wykręcała numer, całą uwagę skupiając na magii siedmiu cyfr. Lecz na nic zdały się szeptanki, zaklęcia. Tego wieczoru czary kobiety straciły swą niezwykłą moc – telefon milczał, a w jej spojrzenie wkradła się pustka. Ból osobowości dopadł Rudą niespodziewanie, rozpierając usta do krzyku. Rozdarta i nieszczęśliwa kobieta miotała się w swej cielesnej powłoce, wydając z siebie tylko żałosne miauczenie, i powoli traciła siły. Właściwie sama była sobie winna – mogła przecież krzyczeć. Mogła? Zacisnęła usta zbyt mocno. Nie to miejsce, nie ta pora, nie to życie.

    Tej nocy Ruda spała źle. Właściwie nie źle, lecz twardo. Ucieczka przed własną osobowością w świat ułudnego spokoju wywołanego lekami pozbawiła kobietę marzeń sennych, ale pozwoliła choć na chwilę przymknąć oczy wypalone księżycem. W końcu była tylko nocnym zwierzątkiem, kotem. Skuliła się na kocu, a jej czarne futro lśniło w promieniach wschodzącego słońca.

    – Śniłam o śmierci – mówiła, mrużąc oczy. – Takiej tragicznej, bolesnej. Snułam się najpierw opustoszałymi ulicami. Padał deszcz… Wtedy zjawił się ten dziwny autobus. Przyjechaliśmy w przerażające swym ogromem miejsce. Dla zwykłego śmiertelnika były to tylko potężne, biało-niebieskie wieżowce… Ale ja wiedziałam, że to krematoria!… Bałam się! Dookoła snuł się dym palonych dusz… To chyba piekło!… I jeszcze ten szpaler mnichów nienaturalnej wielkości! Każda postać zamiast twarzy miała trupią czaszkę. Wszystko brunatnoszare. Mroczne… A przez ten potworny korytarz biegnie człowiek z pochodnią. Dokąd on biegnie?… Kim są zakapturzeni?…

    – To mi się kojarzy z Beksińskim[1] – skwitował jej wywód Kefas. – A ty, Ruda, masz po prostu zbyt bujną wyobraźnię.

    Zbudziła się spłakana. Jeszcze długo jej ciałem wstrząsał urywany szloch. Wszystko wokół było obce. Kiedy wzrok przyzwyczaił się już do panującej ciemności, kobieta ujrzała widniejącą w oddali wąską smugę światła. Poszła w tamtym kierunku zwabiona blaskiem niczym ćma. Biało-niebieskie gmaszyska wystrzeliwały triumfalnie w niebo. Bury dym gęstniał z minuty na minutę… Krzyk zamarł Rudej na ustach. Nagle dwóch mnichów o trupich twarzach mocno chwyciło ją pod ręce.

    To wciąż mi się śni – pomyślała. – Chciałabym się w końcu obudzić. Dotkliwy ból ramion błyskawicznie uświadomił jej, że się myli. Coraz bardziej przerażona mijała długie korytarze tonące w bladoniebieskiej poświacie, kręte klatki schodowe z wyszczerbionymi poręczami. Wciąż jednak była w towarzystwie dziwnej eskorty.

    Muszę stąd uciec. – Ruda rozejrzała się gorączkowo, gdy stanęli przed świetlistymi drzwiami. Ten widok coś jej przypominał… Światło neonu na ścianie pokoju Mroku – przemknęło jej przez myśl. Ale tamto przejście było zawsze zamknięte… Stąd nie ma wyjścia! – stwierdziła przerażona.

    Wtedy to kątem oka kobieta dostrzegła szybko przybliżający się blask zapalonej pochodni. W kierunku Rudej biegł ów tajemniczy człowiek od mnichów.

    – Będziesz potrzebowała obrońcy – zaszemrał nad jej uchem. – Czeka cię długi proces, Ruda. W razie potrzeby zwróć się do mnie. Jestem Czarnym Aniołem – rzucił jakby od niechcenia i pobiegł dalej.

    Kiedy światełko jego pochodni znikło w mroku, świetliste drzwi otworzyły się bezszelestnie. Ruda odruchowo zatrzymała się w pół kroku. W kącie pomieszczenia o niekończących się białych ścianach długowłosy mężczyzna wił się w ekstatycznym tańcu. Przypominał jej kobrę napinającą ostrzegawczo swój kaptur tuż przed atakiem i kobieta znów panicznie pomyślała o ucieczce. Ale jak to zrobić? Niemożliwe! Jakby na potwierdzenie tego faktu jeden z mnichów pchnął ją wyraźnie zniecierpliwiony i trzęsąc dłonią pozbawioną ciała, wskazał na jarzące się w głębi ognisko. Tam, stłoczone dookoła niewielkiego płomienia, siedziały zakapturzone postacie i grzały swe pożółkłe kości. W pustych oczodołach dziwnie zgarbionych szkieletów migotliwie odbijał się blask ognia. Strażnicy wrót do piekieł! Zahipnotyzowana upiornym widokiem kobieta ze zgrozą spostrzegła, że właśnie sama staje się jednym z palących się drewienek. Zrobiło się jej potwornie gorąco. Wówczas bezcielesna ręka pochwyciła ją nagle – płonącą – i wrzuciła do płynącego obok strumienia. Ruda poczuła, że gaśnie i że jest jej zimno. Dostała dreszczy…

    Wtedy przebudziła się. Leżała na słomianym barłogu. Była cała mokra.

    – To chyba lochy – stwierdziła półgłosem, kiedy wysoko nad głową ujrzała maleńkie zakratowane okienko i skrawek nieba.

    Była noc. Ruda powoli zaczęła sobie przypominać ostatnie wydarzenia. Czarny Anioł wspominał coś o procesie…

    – Jaki proces? Co ja tu robię? – spytała głośno. – Wypuśćcie mnie stąd! – zaczęła krzyczeć. – Co chcecie ze mną zrobić?

    Gdy odpowiedziała jej głucha cisza, Ruda poczuła się jak osaczone zwierzątko. Usiadła bezsilnie na zimnej i wilgotnej posadzce. Krzyczała, dając ujście swojemu bólowi, rozpaczy, a przede wszystkim przerażeniu. Targała spazmatycznie długie włosy i wyła nieludzko… Potem przyszedł stan otępienia. Kobieta nie zareagowała na odgłos zbliżających się kroków ani nawet wtedy, gdy drzwi od jej więzienia otworzyły się z łoskotem.

  

c.d.n.

 

[1] Zdzisław Beksiński (1929–2005) – polski malarz, fotograf, rysownik. W tekście mowa o obrazie pt. „Pochodnia”.

 

©2016 Iwona Anna Dylewicz