Fragment powieści w dziesięciu odsłonach

9. paź, 2016

 

"Teatr snów" - część 6

 

Ruda. Dzielnica Śmierci

    – Bez miłości nasze jutro staje się nigdy – rzekł Kefas.

    Taksówka mknęła przed siebie. Ścisnęłam mocniej kierownicę.

    – Dlaczego milczysz? – Mężczyzna zagłębił dłoń w moich miedzianych włosach. – Czyżbyś chciała pozostać w Mieście?

    Wiedziałam, że Kefas pragnie wyzwolenia, jak każdy. Ból istnienia był tutaj czymś tak naturalnym jak głód – równie silny i równie obezwładniający.

    – Myślisz, że możemy otworzyć drogę innym? – Spojrzałam niespokojnie na mojego towarzysza. – Przecież nikt jeszcze tego nie dokonał.

    – Popatrz – rzekł nagle Kefas. – Co za osobliwa dzielnica!

    W oddali stały biało-niebieskie wieżowce otoczone chmurami dymu. Jakieś dziwne źródło światła rozjaśniało je od wewnątrz. Były potężne i niedostępne. W tym momencie oboje poczuliśmy swąd palonych ciał.

    – To krematoria – szepnęłam przerażona.

    W miarę jak samochód zbliżał się do owych budynków, warkot silnika zagłuszyły jęki, wzmagające się z każdą sekundą. Zwróciłam wzrok na Kefasa. Jego oczy…

    – Dzielnica Śmierci pana Cairo. Uciekajmy!

    Błyskawicznie zawróciłam pojazd i krzyk przerażenia uwiązł mi w gardle. Wzdłuż ulicy stali ogromnego wzrostu zakonnicy o trupich twarzach. Ich puste oczodoły świeciły nienawiścią.

    – Co robić?! – krzyknęłam histerycznie. – Przecież wystarczy, że jeden z nich się ruszy i zostaniemy zmiażdżeni! – Strach paraliżował mnie i skutecznie odbierał zdolność logicznego myślenia. Z nerwów sięgnęłam po papierosa, ale nie mogłam go zapalić. Trzęsły mi się ręce.

    Na krótką chwilę zapadło niewygodne milczenie.

    – Czy jesteś zdecydowana na wszystko? – Kefas przerwał ciszę.

    – Tak – wydusiłam zbielałymi ustami. – Chcę się stąd wydostać. Za wszelką cenę! – Desperacko dodałam gazu. Wśród posępnych mnichów zapanowało nagłe poruszenie. Zaczęłam głośno panikować. – Już po nas! Zginiemy! – Odruchowo zahamowałam i zbyt gwałtownie skręciłam, gdy kilku z nich zdążyło wyjść na drogę i zablokować przejazd. Nagle zobaczyłam kościste łapska wyciągnięte w naszą stronę i auto zatańczyło pomiędzy zakapturzonymi szkieletami. Ledwo uniknęliśmy zderzenia.

    – Chcesz nas pozabijać?! Uspokój się! Teraz puść mnie za kółko! – wrzasnął mój pasażer, przytomnie łapiąc za kierownicę. – Zapnij pasy. Ruszamy! – rozkazał, gdy w końcu bezpiecznie zamieniliśmy się miejscami.

    Zacisnęłam mocno powieki i zdałam się na Kefasa. Poczułam, że brakuje powietrza. Dym zaczął nas dusić. Przejeżdżaliśmy przez Dzielnicę Śmierci.

    – Zamknij okno! – krzyknął czujnie mężczyzna. – Nie oglądaj się!

    Pęd mknącego samochodu wciskał nas głęboko w fotele. Usłyszałam jeszcze strzały i tupot biegnących monstrów. Musiałam na moment stracić przytomność, bo kiedy otworzyłam oczy, jechaliśmy już dobrze znanymi mi ulicami Miasta.

    – Jesteśmy straceni. – W głosie Kefasa zabrzmiała rezygnacja. – Cairo nie daruje nam tej ucieczki, Ruda! – Potrząsnął mną energicznie. – Jest tylko jedno wyjście…

    Spojrzał na mnie wyczekująco.

    – Jedziemy! – zadecydowałam.

    Tam, gdzie się znaleźliśmy, panował względny spokój, a pojedyncze postacie chyłkiem przemykały pod murami zrujnowanych budynków. Gęstniejąca mgła sprzyjała naszym zamiarom.

    Po chwili byliśmy już na autostradzie na wzgórzu. Pod nami widniała przepaść. Wołała nas. Oboje słyszeliśmy ten wabiący głos śmierci.

    Kefas zatrzymał samochód tuż na skraju otchłani i mocno objął mnie ramieniem.

    – Zastanów się – wyszeptał. – Czy naprawdę tego pragniesz? Musimy to zrobić. – Ścisnął mnie za ręce. – To jedyny sposób, aby wyrwać się ze szponów Cairo.

    Kiwnęłam głową. Byłam zdecydowana na wszystko.

    Wtedy mężczyzna wyjął brzytwę…

 

Przerwana rozprawa

    Ruda obudziła się w całkowitych ciemnościach. Nie wiedziała, ile czasu tu spędziła. Pamiętała jedynie Markusa i że proces został przerwany. Leżała na kocu, próbując przyzwyczaić wzrok do panującego mroku. Kiedy jej kocie oczy zaczęły rozróżniać kształty, wstała, żeby rozprostować obolałe ciało.

    Wtedy potknęła się o jakieś przedmioty, coś zaszeleściło. Kobieta schyliła się zaciekawiona i ostrożnie badając grunt rękami, znalazła butelkę szampana, orzeszki ziemne i paczkę papierosów. Stało tam coś jeszcze. Kształtem przypominało niewielkie naczynko.

    – Dbają tu o mnie, nie ma co – mruknęła do siebie z przekąsem.

    Zapaliła zapałkę i rozejrzała się dookoła. To nie była cela, w której obudziła się poprzednim razem.

    Kamienne ściany wieńczyło ginące w mroku półkoliste sklepienie. Cały ten widok przywiódł jej na myśl średniowieczne podziemne lochy. Gdzieś w oddali kapała woda.

    – Całkiem niezłe te orzeszki – stwierdziła Ruda z zadowoleniem. Była głodna, więc z pustych łupinek powstał już mały kopczyk.

    Orzeszkowe ognisko! – błysnęła jej myśl. Kolejną zapałkę wrzuciła na stosik. Nagły ogień rozświetlił pomieszczenie.

    Kobieta ostrożnie odkorkowała butelkę i nalała złocistego płynu do – jak się właśnie okazało – stojącego na kamiennej posadzce kubeczka. Wszędzie było czysto, co wydało się jej dość podejrzane. Alkohol miło rozgrzewał wnętrzności… Zapaliła papierosa.

    Ognisko z orzechowych łupinek strzelało i jarzyło się w ciemnościach. Patrząc na ulotne kształty dymu, Ruda spostrzegła w mroku czyjąś niewyraźną sylwetkę. Czyżby nie była tu sama?

    – Wiedziałam, że znów się spotkamy, Kefasie. – Podeszła do siedzącego mężczyzny. Przytulił ją w milczeniu i pogładził jej miedziane włosy.

    – Jesteś piękna – szepnął. – Chciałbym, żeby ta chwila mogła trwać wiecznie.

    – Nic prostszego. – Rzuciła mu zalotne spojrzenie.

    Wyswobodziła się z jego objęć i krążąc bezszelestnie wokół orzeszkowego płomienia niczym ćma, zaczęła śpiewać. Jej dźwięczny, czysty głos pochwyciło echo. Kefasowi wydawało się, że tę zniewalającą melodię nuci kilka osób. Było to urzekające wrażenie.

    Kobieta śpiewała dla niego tęskną pieśń. Chciała wyrazić w niej całą swoją nadzieję, ból, zachwyt i cierpienie. Wiedziała bowiem, że tak naprawdę nigdy nie będą razem.

    Mężczyzna nalał sobie szampana i słuchał, słuchał, słuchał…                                      
    – Powiedz, Ruda: kim jesteś? – pytał z zachwytem. – Twój wzrok mnie przeraża. Kim jesteś?

               

c.d.n. 
 
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz

 

9. paź, 2016

  

"Teatr snów" - część 7

 

Ruda. Wyzwolenie

    Z naszych rozciętych nadgarstków zaczęła płynąć krew. Robiło mi się słabo, Kefas także tracił siły. Ale ten pierwszy, a zarazem ostatni akt spełnienia miał nas wyzwolić. Czułam przypływającą falę rozkoszy. Kochałam go.

    – Ruda, Ruda. – Szarpał mnie za włosy. – Co ty ze mną robisz?

    Krew zalewała nam twarze. Spijaliśmy ją w bólu i miłości.

    – Teraz – wyznał Kefas – kocham i nie chcę, aby miłość się skończyła. Jestem szczęśliwy, ale brakuje mi wolności. Nienawidzę tego Miasta.

    – Ja też cię kocham – szeptałam w uniesieniu. – I nie chcę spłonąć w krematorium tego potwora.

    Przytuliliśmy się do siebie, a wtedy Kefas nacisnął pedał gazu. Następnego dnia wszystkie dzienniki w Mieście podały następującą wiadomość:

    Dzisiaj znaleziono zwłoki pary kochanków-samobójców – niejakiego Kefasa i tajemniczego pochodzenia Rudej. Ktokolwiek ich znał, niech o tym zapomni. Pamięć o nich niech będzie przeklęta.

    Przyjaciele pana Cairo

Diabolo

    Na salę sądową wszedł kolejny świadek. Był nim wysoki i nazbyt szczupły mężczyzna. W gęstwinie jego włosów widniały dwa krótkie rogi. Ruda wiedziała, że będzie świadczył przeciwko niej.

    – Jak świadek Diabolo poznał oskarżoną? – spytał Sędzia.

    – Właściwie nie znam jej osobiście – padła natychmiastowa odpowiedź. – Widziałem ją raz w autobusie.

    – Proszę opisać to zdarzenie – rzekł Sędzia.

    Diabolo spojrzał na Rudą. W tej zielonookiej kobiecie było coś dziwnego, co od razu przyciągnęło jego uwagę.

    – Siedziałem samotnie przy oknie, wtedy wsiedli oni… – zaczął.

    – Oni? To znaczy kto? – zareagował błyskawicznie oskarżyciel, wchodząc świadkowi w słowo.

    – Ruda i ten facet. Usiedli po przeciwnej stronie. Ona kasowała bilety i spojrzała na mnie takim wzrokiem, że dreszcz mnie przeszedł.

    – Kim był ten mężczyzna? – zapytał Czarny Anioł.

    – Nie wiem. Zarówno jego, jak i Rudą widziałem po raz pierwszy.

    – Proszę opowiadać, co było dalej. – Sędzia przyspieszył przesłuchanie.

    – Siedzieli obok siebie i co chwilę wybuchali głośnym, zaraźliwym śmiechem. W jej głosie pobrzmiewała jakaś niesamowitość…

    – O czym oskarżona rozmawiała z tym mężczyzną? – Teraz zeznania Diabola przerwał sam Sędzia.

    Zapytany szybko odpowiedział:

    – Nie słyszałem wszystkich słów, gdyż siedziałem zbyt daleko. Poza tym ich rozmowę zagłuszał warkot silnika. Wiem tylko, bo zwróciło to moją uwagę – ciągnął dalej – że Ruda wypowiadała się o sobie jak o mężczyźnie.

    – Co świadek ma na myśli? – dociekał oskarżyciel.

    – Do określania swoich czynności używała czasowników rodzaju męskiego. Mówiła: zrobiłem, chciałem, zrozumiałem – wytłumaczył Diabolo.

    W tym momencie poczuł na sobie spojrzenie kobiety. Jej wzrok był zimny i nieprzyjazny.

    – Teraz opowiedz o włosach – mruknęła do siebie półgłosem.

    – W pewnej chwili Ruda zakryła sobie twarz włosami – powiedział posłuszny jej myślom Diabolo. – Mężczyzna je rozdmuchiwał. Oboje zanosili się śmiechem, lecz ona wciąż patrzyła na mnie.

    – Dziękujemy świadkowi – przerwał Sędzia. – Czy oskarżenie lub obrona mają jeszcze jakieś pytania do świadka?

    Tej okazji nie mógł i nie chciał przepuścić oskarżyciel.

    – Czy zdaniem świadka Ruda ma jakieś powiązania z siłami magii? – spytał zakapturzony mnich.

    – Tak. Jestem tego pewien – odpowiedział Diabolo zdecydowanie.

    – Czym świadek tłumaczy swoje stanowisko? – Do akcji wkroczył Czarny Anioł.

    – Sprzeciw – zaoponował oskarżyciel. – Odpowiedź jest jednoznaczna.

    – Oddalam – rzekł Sędzia. – Proszę kontynuować – zwrócił się do obrońcy.

    – Właściwie Ruda nic niezwykłego nie robiła, zachowywała się jednak dziwnie. W jej wzroku było coś demonicznego, jak by to określić… – Diabolo długo szukał odpowiednich słów. – Świadomość, że wszystko, co zechce, spełni się? Triumf, że potrafi rządzić przeznaczeniem zarówno swoim, jak i innych… Poza tym ona ma co najmniej dwie twarze! – stwierdził odkrywczo.

    Na sali zawrzało. Zakapturzone szkielety podniosły się znienacka i zaczęły zbliżać się do stojącej na środku kobiety. Miedzianowłosa natychmiast zamknęła oczy, lecz dematerializacja w tak silnym polu nienawiści była po prostu niemożliwa.

    – Świadek jest wolny – powiedział Sędzia. – Na dziś rozprawę zamykam. Proszę odprowadzić oskarżoną do lochu.

    Ruda odetchnęła z prawdziwą ulgą. Za nic nie chciała znaleźć się w kościstych łapskach rozjuszonych mnichów. Po chwili była już w ciemnościach. Paradoksalnie cela więzienna stała się jednocześnie jej azylem.

    Kobieta zapaliła papierosa.

    Ja chyba tylko śnię – jęknęła w duchu. – Ale jeśli to wszystko dzieje się naprawdę, oni na pewno zechcą mnie zniszczyć.

    Wzięła papier, ołówek i napisała:

różowe słonie tańczą w kałużach

i pada deszcz

największe kwiaty w różowych okularach

na karminowych ustach…

    Zasnęła. Mężczyzna o brązowych oczach delikatnie gładził jej rozpuszczone włosy.

 

c.d.n.
 
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz

 

9. paź, 2016

  

"Teatr snów" - część 8

 

Ruda. List

    Wzięłam pióro do ręki i napisałam pierwsze słowa listu. Świeca łagodnie oświetlała kąt, w którym siedziałam. Cały Pokój napełnił się dziwnymi cieniami, magicznymi kształtami, a wszystko rozdzierał blask. Właściwie dwa odcienie światła – błękitnoszary niedomkniętej nocy i złocisty lustrzanej świecy. W tle dała się słyszeć muzyka mroku.

    Granica cienia powoli zaczęła się zacierać, a słowa same cisnęły się na papier…

różowe słonie tańczą w kałużach

i pada deszcz

największe kwiaty w różowych okularach

na karminowych ustach…

lekko spadają w otwartych interwałach

pocieszając wstążki śpiące lizaki

tam gdzie światło księżyca

staje się ciszą

i złote drzwi prowadzą donikąd

i świece umierają

    Snem jesteś mi i zapomnieniem, Kefasie. Twoja miłość… Dlaczego ona tak boli?…

    Słowa są ułomne i płaskie. Nie sposób wyrazić nimi wszystkich uczuć. Zatraciły już swą pierwotną magię…

    Ale ja muszę, muszę rozmawiać z tobą. Moim śladem kroczy nieszczęście.

    Spacerując uliczkami twego serca, wsłuchuję się w tajemną muzykę nocy. Boję się ciemności życia. Mój płacz jest blisko mnie, we mnie. Umieram wolno, kiedy odchodzisz. Umieram we wnętrzu umierającej miłości…

    W kącie Pokoju zaczaiła się kosmata cisza. Przerwałam na chwilę pisanie.

    Czy cię jeszcze kiedykolwiek zobaczę, Kefasie? – pomyślałam i ponownie sięgnęłam po pióro.

    „Śnij mnie jeszcze – napisałam. – Wiesz przecież, że jestem, kiedy jesteś”.

Ukochany, znów rozmawiam z tobą…

W tej ciszy, którą noc przynosi…

pragnę mówić do ciebie…

I myślę, że ty także, najdroższy…

wspominasz, jak smutny sen…

naszą miłość, naszą miłość tak dziwną…

Mój miły, choć los nas nie połączy

nigdy i choć rozdzieli nas na wieki…

moje serce będzie zawsze twoje…

twoje myśli to są myśli moje…

moje życie to jest życie twoje…

tak jak twoim jest mój wielki ból[1]

    Twoja

    Ruda

    Zakleiłam kopertę i co tchu pobiegłam prosto do skrzynki na listy w kamienicy, w której mieszkał Kefas. Kiedy opuszczałam klatkę schodową, właśnie zaczynało świtać. Już byłam spokojna. Cudowny sen o rzeczywistości potrwa dłużej…

    Nagła fala gorąca objęła moje ciało. Bezszelestnie przebiegłam na drugą stronę ulicy.

    – A psik! – usłyszałam. W ślad za mną poleciał kamień. – A bodajby cię diabli wzięli, czarny potworze!

    Uciekałam, miaucząc przeraźliwie. Przez ludzkie przesądy o mały włos nie straciłam życia. Oni wierzą, że czarny kot przynosi pecha!

    Usiadłam nagle, nieprzytomnie rozglądając się dookoła. Była noc. Obok, oddychając miarowo, spał mężczyzna o brązowych oczach. Na jego twarzy malował się spokój.

    Przez sen objął mnie i przytulił do siebie. Delikatnym muśnięciem dłoni pogładził moje włosy.

    Zasnęłam…

Skazana

    Z rozciętej wargi kobiety spływała krew. Rozszalały szkielet-oskarżyciel krzyczał. Sędzia próbował przywrócić spokój i kilkakrotnie zastukał młotkiem.

    – Proszę o ciszę! – zagrzmiał. – W przeciwnym razie każę przerwać proces.

    Ciałem Rudej wstrząsnął tłumiony szloch. Kiedy wrzenie na sali w końcu ustało, Sędzia oddał głos obrońcy.

    – Dowody, które tu przedstawiono, na rzekome powiązania oskarżonej z siłami nieczystymi – zaczął swą mowę Czarny Anioł – są niewystarczające. Śmiem twierdzić, że nie można ich nawet brać pod uwagę. Oskarżyciel, chcąc za wszelką cenę udowodnić swoją rację, sprowadza świadków, którzy mało znaczącymi zeznaniami nic w zasadzie nie wnoszą do tego procesu, a tym bardziej nie potwierdzają zarzutów. Skąd wzięliście Rudą? – spytał, zwracając się bezpośrednio do upiornego Zgromadzenia. – Wyrwaliście ją ze Snu, aby postawić przed sądem – stwierdził oburzony. – Oskarżyliście o czary i miłość. Spójrzcie na tę kobietę. – Czarny Anioł wskazał palcem w jej kierunku. – Niech wasze puste oczodoły napełnią się światłem. – To powiedziawszy, obrońca oświetlił Rudą swoją pochodnią. – Ona nie jest cielesna! Jest wytworem waszych zwyrodniałych wyobraźni! Ale istnieje! Można jej dotknąć, można także zadać jej ból.

    – Cóż za paradoks! – przerwał zniecierpliwiony mnich-prokurator.

    – Jest kobietą fatalną – kontynuował niezrażony Czarny Anioł. – Mroczną i posępną. Posłuchajcie muzyki, która wypełnia jej duszę. Przecież to muzyka śmierci! Ruda jest wam bardzo pokrewna, ale nie możecie ścierpieć faktu, że chodzi własnymi drogami jak kot, dzika i niedostępna. A miłość? Granica między nią a nienawiścią wciąż się zaciera. Wy ją przekroczyliście – rzekł obrońca potępiająco. – Przepełnia was wrogość do wszystkiego, co choć trochę odmienne. Postanowiliście więc zlikwidować oskarżoną. Ruda jest niewinna! – powiedział stanowczo, podsumowując swój wywód.

    – Zniszczę cię – wysyczał oskarżyciel przez wyszczerzone zęby. – Pozbawię cię pochodni – zagroził zgrzytliwie Czarnemu Aniołowi.

    Sędzia po raz kolejny przywracał porządek na sali. Teraz Ruda miała głos. Rozejrzała się dookoła. Monstrualni mnisi o trupich twarzach siedzieli wyczekująco, patrząc zimno na jej sponiewieraną osobę. Czuła, że wyrok już zapadł.

    – W moich żyłach płynie śmierć – powiedziała. – Serce chore beznadzieją odmierza stany nieufności. Tylko w oczach ukryło się życie. – Kobieta urwała nieoczekiwanie, jakby delektując się nagłą ciszą. – A przecież w krzyku milczenia trudno umierać – zakończyła głośno.

    – To jest wyraźne przyznanie się do winy! – wrzasnął triumfalnie oskarżyciel. – Miałem rację!

    Ruda stała ze spuszczoną głową. Potargane włosy zasłoniły jej smutną twarz. Sędzia ponownie odroczył rozprawę.

    Jak długo będą mnie jeszcze męczyć? – pomyślała z rezygnacją, kiedy już bezpiecznie dotarła do celi. Oni chyba pragną mojego szaleństwa.

    – Dlaczego to powiedziałaś? – Czarny Anioł zjawił się tak nagle, że kobieta, zaskoczona jego obecnością, drgnęła przestraszona. – Chciałem ci pomóc.

    – Ja jestem skazana od początku – wyznała smutno.

    W ciemnościach panujących w celi jej oczy jarzyły się zielonkawym blaskiem. Przy intensywnym odcieniu włosów blada twarz Rudej nabrała niesamowitego wyrazu.

    Czarny Anioł spojrzał na nią podejrzliwie.

    – Ty naprawdę jesteś czarownicą – stwierdził przerażony.

    Chciał dotknąć jej skóry, ale pod dłonią poczuł miękkie futro czarnego kota.

    – Kim ty jesteś, Ruda? – Mężczyzna był wyraźnie zdezorientowany. Widział kobietę, dotykał zwierzę. – Wydawało mi się, że cię znam!

    Ta zaśmiała się ironicznie.

    – Jestem nią i jestem nim, a jednak nie istnieję. Śnisz mnie – rzekła i dodała enigmatycznie: – Tylko zegar stanął już. Przestał bić…

    – Ten mężczyzna to też ty? – spytał z niedowierzaniem Czarny Anioł.

    Nie odpowiedziała. Potrząsnęła tylko głową. Wtedy pochodnia obrońcy zgasła i cela kobiety pogrążyła się w całkowitych ciemnościach.

    W ciszy, która zapadła, rozległo się żałosne miauczenie.

 

c.d.n.

 

[1] Mario Clavel – „Mój list”

  

©2016 Iwona Anna Dylewicz

 

9. paź, 2016

  

"Teatr snów" - część 9

 

Sen Kefasa

    Kefas jak zwykle jechał samochodem przez Las. Dziś wyjątkowo zależało mu na czasie. Chciał jeszcze przed północą znaleźć się w swoim mieszkaniu. Doskonale znana mu droga była kompletnie pusta, więc śmiało dodał gazu. Naraz gwiaździste dotąd niebo pokryło się deszczowymi, burzowymi wręcz chmurami. Zaczęło padać. Krajobraz posępniał z minuty na minutę. Widoczność spadała.

    Skąd nagle ta mgła? – pomyślał mężczyzna, nie zwalniając.

    Chwilę później zauważył na szosie zarys ludzkiej postaci. Na hamowanie było już za późno. Kefas usłyszał głuchy trzask i nieprzyjemny odgłos upadającego ciała. Zrobiło mu się gorąco.

    – Samobójca czy szaleniec? – zastanawiał się głośno, wybiegając z wozu.

    Na jezdni, parę metrów przed pojazdem, leżała skulona kobieta ubrana jedynie w mocno poszarpaną i dość brudną płócienną suknię. Na jej ciele jednak nie było widać żadnych obrażeń. Ani śladu krwi.

    Ostrożnie schylił się, by sprawdzić, co z nieprzytomną. Miała zamknięte oczy. Żyje? Mimo zdenerwowania Kefas przyjrzał się jej dość uważnie. Była trupioblada, prawie przezroczysta. Oddycha? Chciał dotknąć jej ramienia, ale jego ręka natknęła się jedynie na nawierzchnię szosy. W świetle reflektorów miedziane włosy leżącej zdawały się płonąć żywym ogniem. Smukłe dłonie zakończone połamanymi paznokciami ścisnęła w pięści – jakby przygotowana do obrony. Mężczyzna spojrzał na jej podkurczone nogi. Były bose, lecz… czyste!

    – Potrąciłem ją – wystękał roztrzęsiony.

    Ona potrzebuje pomocyGdzie znaleźć lekarza na takim pustkowiu? – pytał gorączkowo sam siebie. Ponownie nachylił się nad leżącą. Ale i tym razem jego ręce dotknęły asfaltu.

    – Jestem już zmęczony. – Spojrzał na zegarek. Dochodziła północ. – Mam dość. – Przetarł piekące oczy i zamarł…

    Szosa była pusta, ani śladu kobiety. Nawet mgła się rozrzedziła. Po chwili także ustał deszcz. Przemoczony i zdezorientowany mężczyzna wrócił do samochodu. Na przednim siedzeniu obok kierowcy siedział mokry, czarny kot.

    – Nic z tego nie rozumiem – zdenerwował się Kefas. – Najpierw ta kobieta-fatamorgana, a teraz ty. Może mi to wytłumaczysz? Pewnie jesteś głodny – zwrócił się półgłosem do zwierzaka, gdy ten ufnie przytulił się do jego kolan. – Zapraszam na kolację. Mam jeszcze trochę mleka w lodówce. – Podrapał kota za uchem. W odpowiedzi usłyszał krótkie miauknięcie.

    Tej nocy Kefas spał niespokojnie. Postać dziwnej kobiety zapanowała niepodzielnie nad jego snem. Raz widział ją leżącą, tak jak wtedy, na jezdni. Innym razem szła do niego, piękna, zielonooka.

    – Kim jesteś, Ruda? – pytał. – Kim jesteś? Czy ty w ogóle istniejesz?

    – Śnisz mnie, Kefasie? – odpowiadała mu daleka i rozmarzona. Nierzeczywista. – Kochasz swoje odwieczne pragnienie…

    Brała mężczyznę za rękę i szli w stronę biało-niebieskich wieżowców. Snuli się sennie wśród ponurych gmachów. Budził się kilkakrotnie, ale mruczenie czarnego kota przywracało mu spokój, więc zasypiał, by ponownie spotkać Rudą. Wiedział, że należy tylko do niego, kiedy oddawała mu swe ciało. Była dzika i nienasycona. Odchodziła, by wracać z jeszcze większą żarliwością.

    – Strzeż się pana Cairo – szeptała pośród pieszczot i przeciągała się jak kotka.

    Świtało. Kefas obudził się i oniemiał ze zdziwienia. Obok niego spała nieznajoma kobieta o włosach w kolorze płomienia. Pogładził ostrożnie jej ciepłą skórę. Po czarnym kocie ślad zaginął.

    – Czy ty w ogóle istniejesz?

Wyrok

    – Teraz już nie ma wątpliwości – krzyczał oskarżyciel o trupiej twarzy. – Ruda jest czarownicą. Mam na to niepodważalny dowód! – Zaśmiał się chrapliwie i wyjątkowo paskudnie.

    Kobieta wiedziała, kto będzie następnym świadkiem. Po chwili drzwi sali otworzyły się szeroko i niczym posąg stanął w nich Kefas.

    Nic im nie powiesz – pomyślała Ruda. – Jesteś mną. Tylko Czarny Anioł wie o tym.

    Nie myliła się. Każde pytanie oskarżyciela spotykało się jedynie z wymownym milczeniem wezwanego. Ta postawa mocno zdziwiła i zdenerwowała zakapturzone potwory. Ruda przeciągle spojrzała na Kefasa.

    Jesteś piękna. – Bezwstydnie zmierzył ją wzrokiem. – Szkoda, że to nasze ostatnie spotkanie

    W tym momencie Sędzia stracił cierpliwość i mężczyznę wyprowadzono z sali. Kobieta uśmiechnęła się triumfująco.

    – Jestem niewinna. Nic mi nie udowodnicie.

    Wtedy właśnie zdarzyła się rzecz niespodziewana. Mnich-oskarżyciel zarechotał szyderczo i powiedział:

    – W świetle pojawienia się nowych dowodów proszę po raz ostatni szacowne Zgromadzenie, by zechciało mnie wysłuchać. Mam jeszcze dwie sprawy, które pomogą wydać sprawiedliwy wyrok. – Spojrzał wyczekująco na Sędziego.

    Ten ruchem głowy wyraził swoje pozwolenie. Czarny Anioł zaniepokoił się. Był nierozmowny po wizycie w celi Rudej. Znał przecież prawdę…

    Tymczasem zakapturzony prokurator niemal pewien swego zwycięstwa w procesie wyjął z habitu świstek papieru.

    – Pozwólcie, że odczytam teraz treść zapisaną tu ręką oskarżonej. Różowe słonie (…) śpiące lizaki. – Delektował się każdym słowem, uważnie patrząc na reakcję kobiety. Podał kartkę Sędziemu, a ten odrzucił ją z wyraźną odrazą. – Ale to nie wszystko – podjął mnich z niesmakiem. – Oto wycinek z wczorajszego dziennika Miasta. Proszę o odczytanie druku – zwrócił się do Czarnego Anioła.

    Człowiek z pochodnią zadrżał.

    – Dzisiaj znaleziono zwłoki pary kochanków-samobójców: niejakiego Kefasa i tajemniczego pochodzenia Rudej – przeczytał wolno. – Ktokolwiek

    – Dosyć! – przerwał gwałtownie oskarżyciel. – Myślę, że wystarczy dowodów. Sprawa jest jasna. Ruda od paru dni jest przez nas uwięziona. Jakim cudem mogła popełnić samobójstwo? Przecież widzimy ją żywą!

    – To czarownica! – zaszemrało Zgromadzenie ponurych mnichów o trupich twarzach. – Na stos z nią!

    Kobieta stała z dumnie podniesioną głową. Jej zimny wzrok ciskał błyskawice nienawiści.

    Wtedy Sędzia przywołał wszystkich do porządku. Do niego należało oficjalne ogłoszenie ostatecznego wyroku.

    – Wobec przedstawionych mi dowodów uznaję obecną tu oskarżoną imieniem Ruda winną zarzucanych jej czynów i niniejszym skazuję na karę śmierci poprzez spalenie. Wyrok zostanie wykonany natychmiast.

    Czarny Anioł spuścił głowę i w obliczu poniesionej porażki zgasił płomień swojej pochodni. Jego klęska była nazbyt dotkliwa.

    – Przypominam – kontynuował Sędzia – że przed wykonaniem wyroku oskarżonej przysługuje prawo do ostatniego życzenia.

    Kobieta zawahała się, by po chwili głośno powiedzieć:

    – Chciałabym poznać nazwisko Sędziego.

    Odpowiedź przyprawiła ją o dreszcz niczym topór znienacka spadający na kark.

    – Cairo!

    W tym momencie dwóch mnichów pochwyciło Rudą i powlekło w stronę biało-niebieskich wieżowców.

    Tylko jedna osoba cierpiała, kiedy kruche ciało kobiety ogarniały płomienie. Był nią Czarny Anioł.                                             

    – To nie miało się tak skończyć… – szeptał do siebie. – Przecież byłaś mi bliska. To dla ciebie rozpaliłem swą pochodnię…

 

c.d.n.
 
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz

 

9. paź, 2016

 

"Teatr snów" - część 10

  

    ***

    – Jak to dobrze, że to wszystko już minęło – rzekłam do Kefasa z westchnieniem ulgi. – Cieszę się, że jestem z tobą.

    Mężczyzna o brązowych oczach delikatnie zagłębił dłonie w moich włosach. Później spojrzał na mnie czule i wyszeptał:

    – Kocham cię, Ruda, i zupełnie nie wiem, co z tym zrobić…

II. Katedra

Wróć do mnie

    Świt zastał ją na Placu. Siedziała na schodach Katedry i czekała, aż opadną poranne mgły. Jesienne słońce muskało jej drobną sylwetkę. Nagle żerujące nieopodal gołębie wzbiły się zaniepokojone i zakołowały z głośnym szumem skrzydeł.

    To on. – Ruda uśmiechnęła się lekko, widząc młodego mężczyznę.

    Był wysoki i dobrze zbudowany. Szedł zamyślony równym, sprężystym krokiem i gdy wydawało się, że jej nie zauważy, spojrzał. Ten jeden moment wystarczył.

    – Zaczęło się… – szepnęła do siebie kobieta.

    Wstała i nie oglądając się, ruszyła w stronę wejścia do Katedry. Dobrze wiedziała, że mężczyzna zatrzymał się, zdziwiony jej nagłym zniknięciem, ale czuła, że jej czas jeszcze nie nadszedł… Ich czas…

    Wracając do siebie, David czuł jakiś dziwny niepokój. Nie przepadał za spacerami przez Plac o świcie. Swym wyglądem za bardzo przypominał mu cmentarz dawno opuszczony nawet przez duchy. Długie, nadgryzione przez ząb czasu schody do Katedry o wyszczerbionych wieżach, wytłuczonych witrażach i ponurym wnętrzu oraz nieczynna fontanna w kształcie długowłosej dziewczyny ogarniętej przez kamienne płomienie były wątpliwą ozdobą tego miejsca. Unoszące się mgły, poprzecinane gdzieniegdzie promieniami wschodzącego słońca, dodawały widokowi posmaku niesamowitości. A wszystko, pokryte starym kurzem i pradawnym pyłem, trwało nieruchome, jakby nieobecne.

    Dlaczego tu jest tak szaro, smutno? – pomyślał David i wtedy ją ujrzał.

    Siedziała na zniszczonych schodach i przypominała posąg. Była cała spowita w czerń, niby otulona peleryną mroku. Jej bladą twarz ożywiał jedynie czerwony blask włosów. Mężczyzna stanął urzeczony. Ich spojrzenia spotkały się na moment, a wtedy ona znienacka wstała i… zniknęła w półobrocie, jakby rozpływając się we mgle.

    David przetarł oczy ze zdumienia. Wówczas jego wzrok padł na kamienną fontannę. Była pusta!

    Wróć do mnie… – usłyszał w sobie śpiewny głos. – Wróć…               

    – Odnajdę cię – powiedział głośno do siebie i wolno ruszył w stronę domu.

c.d.n.
 
 

©2016 Iwona Anna Dylewicz