Sekretne miejsca...

10. mar, 2021

      Kochani ❤, dawno nie "gadałam twórczo" i nie pisałam ✍ moich felietonów. Ostatnio miałam trochę smutku, a także wiele innych trudnych spraw spiętrzyło się w moim życiu, co pochłonęło mnóstwo czasu oraz energii. Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo🤨. Ale nie o tym dziś chciałam Wam opowiedzieć.

     Lubię wracać myślami do moich początków. Do pierwszych nieśmiałych prób pisarskich. Do wierszy, które zapisywałam✍ po kryjomu w pamiętniku. Do samego pamiętnika, choć powinnam go nazwać dziennikiem. Piękne 🤩 wspomnienia...

         O jednym wierszu z tamtych lat muszę skreślić kilka słów więcej🙂. Jak wiecie, dorastałam w Lubinie - zwanym stolicą Polskiej Miedzi. Tam, po skończeniu edukacji w szkole podstawowej, uczęszczałam do I Liceum Ogólnokształcącego im. M. Kopernika. Wtedy bardziej na poważnie zainteresowałam się literaturą i podjęłam samodzielne kroki na literackim gruncie. Pierwsze uniesienia sercowe i młodzieńcza miłość sprawiły, że to w poezji poczułam się pewniej. A że w ośrodku kultury "Wzgórze Zamkowe" rokrocznie odbywały się "Lubińskie Spotkania z Poezją Miłosną" 💔, które ściągały sporą grupę zainteresowanych twórców, wydawców czy obserwatorów i ja postanowiłam spróbować swoich sił w konkursie. Występy publiczne wywoływały u mnie i atak paniki więc kosztowało mnie to sporo nerwów, bo zawsze wolałam pisać niż mówić. Lecz, jak to mówią, raz kozie śmierć i do odważnych świat należy. 

         I zgłosiłam swój krótki wiersz.  Publiczność i pozostali uczestnicy przywitali mnie oklaskami. To sprawiło, że nogi drżały mi jeszcze bardziej. Szybko okazało się też, że należę do najmłodszych konkursowiczów. Wyrecytowałam przygotowany utwór i żegnana brawami wróciłam do stolika. Niedługo potem nagrody zostały rozdane. Niestety, mój wiersz nie otrzymał żadnej. Cóż, może innym razem... Impreza powoli zbliżała się do końca i nagle podszedł do mnie wąsaty mężczyzna. 

      - Nazywam się Józef Baran - przedstawił się i spytał, czy może zająć chwilkę. 

       - Oczywiście. - Zaprosiłam gościa. 

      Usiadł i bez dłuższych wstępów powiedział, że jest poetą z Krakowa. A że bardzo podobał mu się mój wiersz, chętnie wydrukuje  go w gazecie "Wieści". Potrzebuje tylko tekst i moją zgodę na publikację. Wyobraźcie sobie, moi Drodzy, jak mogła się czuć licealistka, którą z tłumu ludzi pióra "wyłuskał" poeta. Mało tego, znany poeta. Ten wieczór utkwił w moich wspomnieniach, w mojej głowie i sercu i na pewno wpłynął na wybór pasji i niejako drogi życia. Jak się domyślacie, nie mogłam odpowiedzieć inaczej niż:

      - Tak. Proszę, oto mój wiersz. Może pan publikować. Dziękuję.

       Do tego zaciśnięte gardło, mnóstwo emocji nie do opisania i tylko jedna myśl. Czy to się dzieje n a p r a w d ę? To na dzień dobry, a w zasadzie na dobry wieczór 😉. Prawdziwa niespodzianka czekała na mnie kilka dni później, gdy przyszła poczta. To, że mogłam swój wiersz przeczytać w krakowskich "Wieściach" to jedno, a przekaz pocztowy na pierwsze w życiu honorarium - to drugie.   

      A oto mój zwycięski utwór, bo przecież wówczas wygrałam o wiele więcej niż konkurs. Grafikę, również mojego autorstwa, dodałam ostatnio. Z tego miejsca mogę dzisiaj tylko serdecznie 😘 pozdrowić Pana Józefa Barana i raz jeszcze podziękować za to niezapomniane wyróżnienie. Mam nadzieję, że i On pamięta tamto spotkanie 🙂.

 

Wasza autorka 💋

2. paź, 2020

  😢 24 września 2020 r. odszedł 😭 nasz k o c h a n y T a t o 😭😭😭.    Na zawsze pozostanie w naszych sercach ❤❤  i pamięci  [*] [*] [*].

 

15. wrz, 2020

         Moi Kochani ❤, ostatni mój wyjazd do Lubina zaowocował nowymi znajomościami i pięknymi fotografiami. Ostatnio często bywam w stolicy polskiej miedzi, bo mój Tato poważnie zachorował 😢. Przyzwyczajona do dynamicznego trybu życia musiałam przestawić się na inny, bardziej wyciszony, wolniejszy. Sobotnie popołudnie... Ale ileż można siedzieć przed komputerem, w kółko oglądać te same filmy. Pisanie książki też wymaga większego skupienia. A tu jeszcze słońce ☀️ zagląda do okna i zupełnie rozprasza.

      Cóż  robić? Pogoda  idealna  na  spacer – pomyślałam i ruszyłam na pieszo tam, gdzie nogi poniosą.

       Tak wyszło, że dotarłam do samego centrum. Podziwiając jak miasto się zmieniło, wędrowałam po lubińskim rynku. Znajduje się tu niezwykła😍rzeźba św. Michała Archanioła walczącego ze smokiem (autorstwa wrocławskiego artysty Grzegorza Łagowskiego). Zachodzące słońce łagodnie podświetlało pomnik. Niestety, tym razem nie miałam 😥 ze sobą aparatu fotograficznego ani smartfona, więc tylko z daleka obserwowałam przechodniów. W pewnej chwili do obiektu na cokole podeszły trzy pogodne kobiety. Jedna z nich właśnie robiła zdjęcie figurze. Odczekałam, aż skończy sesję i odważnie ją zaczepiłam.

        – Przepraszam bardzo – zagadałam wprost ­ czy mogłaby pani zrobić mi zdjęcie przy pomniku? Nie mam dzisiaj swojego sprzętu, a nie  wiem,  kiedy  znów  tu zawitam ­ tłumaczyłam.

         Nie usłyszałam odmowy, tylko ujrzałam ciepłe uśmiechy. Podałam swojego maila, a następnego dnia w skrzynce znalazłam pamiątkowe fotografie. I tak oto poznałam cudownych👍ludzi – Zuzię Korczak i jej bliskich.

      Wrześniowa niedziela. Dziś znów włóczyłam się po Lubinie. Odwiedziłam stare kąty, odświeżyłam wspomnienia. Do południa chodziłam tu i ówdzie, rozglądając się uważnie. Kilka miejsc doskonale nadawało się jako tło czy sceneria do mojej 📖 książki „Teatr snów”. Warto czasem obrazem przypomnieć o powieści :-). Ale sprzęt fotograficzny został we Wrocławiu, więc...

      Postanowiłam przy okazji trochę odczarować "trzynastkę" w bieżacej dacie. I - po szczerych słowach koleżanki po piórze - Agnieszki Czachor, odważnie zrobiłam coś, na co zawsze miałam wielką ochotę. Ciekawi jesteście, co? Mam nadzieję, że tak 👍.

        W pełnym artystycznych🎭 akcentów parku na tyłach Centrum Kultury „Muza” już pod wieczór spacerowało mnóstwo ludzi. Większość to rodzice z dziećmi. Im nie chciałam zawracać głowy i rozpraszać dziwnymi prośbami. Wtedy na jednej z ławek dostrzegłam dwie  dziewczyny. Jedna z nich właśnie pokazywała coś drugiej na smartfonie. Widać było, że obie dobrze się znają. Cóż... Zaryzykowałam 😉, podeszłam z szerokim uśmiechem i zapytałam:

­    – Czy mogłaby pani zrobić pozowane zdjęcie... mojej książce? – Z dumą pokazałam „Teatr snów”.

       – Nie ma problemu ­– usłyszałam.

          Przeszłyśmy kawałek dalej w kierunku budynku Domu Kultury, a ja wyjaśniałam, o jakie ujęcie mi chodzi z niesamowitym muralem CK „Muza” w tle, wspominając jednocześnie o bohaterce powieści. Kto czytał „Teatr snów”, zrozumie skąd ten pomysł 😉. Podałam adres mailowy i po chwili gotowe fotografie trafiły do mojej skrzynki.

   Już w drodze powrotnej do ulubionego miejsca spotkań i koleżanki pozostawionej tam zupełnie samotnie zapytałam towarzyszkę o zainteresowania, przy okazji wspominając o swoich. Później usiadłyśmy w trójkę na ławce. Dośc spontanicznie postanowiłam się trochę obnażyć 😉 i opowiedzieć o swoim pisaniu, inspiracjach, pasjach. Dziewczyny słuchały z zainteresowaniem. Wtedy też wpadł mi do głowy pewien szalony pomysł.

          A   właściwie...  Dlaczego  nie  sprawić  sobie  i  komuś  frajdy?   –­  pomyślałam  i z przyjemnością podarowałam dziewczynom swoją książkę z imienną dedykacją. W taki sposób poznałam przemiłe koleżanki - Dżesikę Winkowską oraz Kamilę Gołuńską.

     – Jak to się teraz mówi - zrobiłyście mi dzień. Dzięki 😘. Pozdrawiam Was serdecznie ❤.

 

Wasza autorka 💋

14. sie, 2020

          Kochani ❤️, dzisiaj chciałam was zabrać do magicznego miejsca, które istnieje w rzeczywistości. Na tyle ciekawe, że umieściłam je na kartach 📖 mojej powieści „Teatr snów”. Za chwilę zdradzę kilka sekretów z nadzieją, że tak jak mnie, kiedyś i Wam uda się trafić do schroniska na końcu świata.

    Jeśli otworzycie mapę Polski, spójrzcie na jej południowo-wschodni kraniec. Tu rozciąga się Bieszczadzki Park Narodowy. Miałam okazję przez dwa tygodnie doświadczać piękna tego dzikiego, klimatycznego zakątka naszego kraju. Znalazłam się w innym życiu. Z dala od cywilizacji, od pośpiechu, od trosk, ale blisko natury. Ciekawi jesteście, gdzie znajduje się takie miejsce?

     Pociąg osobowy z Wrocławia Głównego jechał kilkanaście godzin. Koła monotonnie stukały na szynach. Ranne wstawanie szybko dało mi się we znaki i chwilę później powieki zrobiły się wyjątkowo ciężkie. Zauważyłam, że nie tylko mnie usypiała podróż. Uspokojona, pozwoliłam sobie na krótką drzemkę. Znajomi też cicho pochrapywali. Na szczęście mieliśmy miejsca siedzące, więc przytuleni do siebie po prostu zamknęliśmy oczy. Celem był Stary Łupków, a dokładnie:  https://pl.wikipedia.org/wiki/Schronisko_w_Łupkowie - patrz zdjęcie (autor: By Henryk Bielamowicz - Praca własna, CC BY-SA 4.0,). Przed nami jeszcze daleka droga.

        Pod wieczór dotarliśmy na miejsce. W oczy rzuciła nam się drewniana chata, żuraw i las. Cisza i spokój. Już od progu przybyszów, czyli naszą zgraję, przywitali serdecznie ówcześni gospodarze schroniska – Joanna i jej facet. Wskazali nam nasze miejsca noclegowe na poddaszu i każdy mógł wybrać sobie, gdzie będzie spał. Na dole wielki drewniany stół zapraszał do wspólnych biesiad. Oczywiście kucharzyliśmy razem. Poza tym nikt nie ociągał się w swoich dziennych zadaniach. Obieranie ziemniaków, czerpanie wody ze studni, sprzątanie, pomoc przy robieniu sera, sianokosy. To wszystko zamiast opłat za pobyt.

        Do dziś pamiętam hasło wymyślone razem na pobudzenie do działania: „Żętyca, hej!”. I ten naturalny napój – mocno schłodzony o lekko kwaskowym posmaku - był hitem na upalne dni. Dla niewtajemniczonych – to serwatka z mleka owczego otrzymywana przy wyrabianiu oscypków. Polecam!

         A po pracowicie spędzonym dniu – zabawa. Zimne piwo🍺, kiełbasa pieczona 🔥 nad ogniskiem i śpiew. W wolnym czasie wycieczki po okolicy. Wyprawy do lasu, do pobliskiego miasteczka. A niedaleko tunel kolejowy, którego druga strona leży na terenie Słowacji (https://pl.wikipedia.org/wiki/Tunel_kolejowy_w_Łupkowie).

        Ci z Was, którzy już czytali książkę pewnie szybko się zorientują, w którym epizodzie opisałam to miejsce. Oczywiście nie „dosłownie” – pozwoliłam sobie na kilka metafor i sporą dozę fantazji. Tym, którzy jeszcze nie znają „Teatru snów” polecam jedno📕 i drugie 🌄.

Wasza autorka 😘

18. lip, 2020

   Są czasem takie sny, które bardzo mocno zapadają w pamięć. Nawet po przebudzeniu i spojrzeniu w okno nie zapominamy o nich. W każdej chwili możemy ze szczegółami opowiedzieć ich fabułę. Mało tego, chcielibyśmy jak najdłużej pozostać w tej innej rzeczywistości. Zdarza się również, że po zamknięciu oczu czy następnej nocy wracamy do tego świata ułudy i śni nam się ciąg dalszy takiej historii. Zawsze mnie to fascynowało i wiele razy tak dziwnie utrwalone pod powiekami wielowątkowe wyobrażenia trafiały na karty powieści mojego autorstwa, a zwłaszcza do „Teatru snów”. Niektóre, wyjątkowe i niezwykłe, pamiętam jeszcze z czasów dzieciństwa...

     Choć ostatnio często miewałam koszmary i ciężkie pobudki, właśnie dziś coś takiego mi się przytrafiło. A moje pierwsze słowa zaraz po wyłączeniu przeklętego 😡 budzika brzmiały:

   - Cześć, Kochanie. Ale dzisiaj miałam 😍 zajebisty sen! - I podekscytowana opowiedziałam, co mi noc przyniosła.

     Niesamowita przygoda była tak realna... Niespodzianka, która nastroiła mnie pozytywnie, dodała energii i sprawiła, że świat nabrał szczególnych barw. Nie będę Wam teraz przedstawiać treści mojego snu, ale mogę obiecać, że na pewno znajdzie swe miejsce na kartach książki. Może nawet tej, nad którą obecnie pracuję…?

Wasza autorka 😘