"Ciasteczko z wróżbą" - rozdział 1. Jezioro Smug

Druga odsłona przygód Rudej

 

CIASTECZKO Z WRÓŻBĄ

Rozdz. 1. Jezioro Smug

Ruda. Zmiany

       Z prawdziwą ulgą przyjęłam nadejście kolejnej jesieni. Życie znów stało się znośne. Nastąpiły długo oczekiwane dni względnego spokoju i wyciszenia. Wreszcie. Co jednak dziwne, od pewnego czasu przestałam śnić. Nie wiedziałam, czy mogę uznać ten fakt za dobry czy raczej zły omen. Chociaż brak koszmarów przenikających do rzeczywistości szybko przestał mi przeszkadzać, przekleństwem stała się wciąż żywa pamięć o nich. Ślady po minionych wydarzeniach zacierały się bardzo powoli i wyjątkowo leniwie goiły się moje niewidzialne rany.

         Mroczna przeszłość tak łatwo nie daje o sobie zapomnieć. A ciągłe oglądanie się za siebie uważałam po prostu za zły nawyk. Zastosowałam więc – zwykle niezawodną w takich sytuacjach – terapię książkową i pochłaniałam jedną czytelniczą pozycję za drugą. Chciałam bowiem całkowicie oderwać się od otaczającego świata i przy każdej możliwej okazji uciekałam do królestwa   papierowych   bohaterów.   Czułam   również zwyczajną  potrzebę  zatopienia się w ciszy i iluzji.

       Przyznam się szczerze, że nawet nie zauważyłam, kiedy mnie wciągnęło i zaczynałam czuć się trochę uzależniona od tej prostej czynności. Była z jednej strony cudownym lekiem na zapomnienie poprzez angażowanie się w przeżycia książkowych postaci, z drugiej zaś sposobem na bezkarne  grzebanie w  pamięci. Wszystko to sprawiło,  że znów  zaczęłam  za dużo  myśleć. A przecież właśnie od tego próbowałam się jakoś uwolnić. Jak widać, bezskutecznie.

     Żeby dodatkowo odciąć się od fali złych wspomnień postanowiłam zmienić nieco swój wygląd. Taki zabieg również doskonale poprawia samopoczucie. A że z dobrym humorem coś mi ostatnio nie po drodze… Mocno skróciłam więc płomiennoczerwone włosy, ale dość przekornie pozostawiłam pojedyncze srebrne pasmo – dowód mojego udziału w ostatnich burzliwych zdarzeniach. Wszystkiego przecież nie da się zapomnieć. Jednak za każdym razem, gdy tylko spoglądałam w lustro wydawało mi się, że oprócz znajomego odbicia patrzy na mnie ktoś jeszcze. Czy to moja wyobraźnia, czy niewidzialny obserwator?

     Feralnego dnia jesienny deszcz już od rana monotonnie uderzał o szyby. I choć uwielbiam czytać, tym razem nijak nie potrafiłam skoncentrować się nad książką. Oczy same mi się zamykały. Najciekawsza fabuła nie była w stanie tego zmienić. Próbowałam też jakoś opanować nieustanne ziewanie. Na próżno. Postanowiłam więc uciąć sobie krótką drzemkę. Po prostu. Lektura musi poczekać.

      Nawet nie zauważyłam momentu, gdy zasnęłam. I wtedy coś się zaczęło. Znów znalazłam się w równoległym, ale bardzo odległym świecie, którego rozproszone fragmenty miałam już możliwość zobaczyć. Był przerażający, chociaż nieszkodliwy. Chyba że się myliłam. Zaczęłam też odnosić wrażenie, że trochę przestaję panować nad swoim losem. Że mam dwa zupełnie niezależne od siebie żywoty, czyli – można by powiedzieć – żyję dwa razy dłużej. Cóż za przedziwna sytuacja!

    Nie bez obaw postanowiłam poddać się temu niespodziewanemu eksperymentowi i zobaczyć, do czego mnie doprowadzi. Może w końcu znajdę odpowiedź na pytanie, które wciąż mnie dręczy. Kim jestem? Tym bardziej, że ostatnio coraz częściej towarzyszyły mi różne lęki, a ja czułam się niczym odkurzacz na nieszczęścia lub zwariowane historie…

       I wtedy ponownie zaczęłam śnić.

c.d.n.

 


 

©2018 Iwona Anna Dylewicz

 

"Ciasteczko z wróżbą" - fragment 2.

Odbicie w jeziorze

          – Yùzhào! – Gdzieś z oddali usłyszał swe imię. – Gdzie ty się, do diabła, podziewasz?

      Młodzieniec wolno odwrócił się w stronę wołającego go głosu i tylko zacisnął zęby. Przez twarz przemknął mu cień buntu. Despota! –Na samą myśl o powrocie do osady westchnął ciężko. Nie chciał znów wysłuchiwać od ojca. Miał dość jego surowych kazań i wiecznych upomnień  na temat  swojego postępowania. Pewnie  skończyłyby się jak zwykle. Długą  tyradą o nieodpowiedzialności, a może nawet i karą. A do tego Yùzhào zwyczajnie nie mógł dopuścić. Żadnych ograniczeń. Zwłaszcza że to, co przypadkiem odkrył, fascynowało go coraz bardziej. Przy dobrej pogodzie, w niezmąconych przez wiatr wodach pobliskiego Jeziora Smug co jakiś czas ukazywała się  bardzo smutna  twarz  rudowłosej  kobiety.  Jak w magicznym zwierciadle… I choć zwykle patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem, Yùzhào kilkakrotnie odniósł wrażenie, że obca doskonale wie o jego obecności.

      To niecodzienne zjawisko mocno go zaintrygowało. Lecz postanowił na razie zataić przed krajanami prawdziwy cel samotnych wędrówek i nie wspominał o obserwacji nieznajomej. Tak na wszelki wypadek. A nad jezioro niejednokrotnie wymykał się. Ukradkiem. Niebawem i to okazało się niezwykle trudne. Przecież był synem Szamana. Pretekstem do częstych wypraw miało więc być polowanie na leśną zwierzynę lub rybołówstwo.

     Żeby zachować tajemnicę, najlepiej nie zdradzać jej nikomu. Tylko jak długo można coś udawać? Lub kłamać? Wszystko do czasu. Sekrety prędzej czy później stają się ciężarem nie do udźwignięcia. A na jaw wychodzą w najmniej odpowiednim momencie…

        Z tych rozważań wyrwało go kolejne wezwanie.

       – Yùzhào! – W głosie wołającego dało się słyszeć narastające zniecierpliwienie.

      – Idę! – krzyknął młodzieniec i niechętnie ruszył w stronę wioski. – Idę, idę… – mamrotał pod nosem, wydłużając krok. – Pali się czy co? Nie ma nawet chwili spokoju – marudził.

       W tym momencie przypomniał sobie o pozostawionych na brzegu wody rybach, które dziś złowił dla plemienia.

       Gdzie ja mam głowę…?

     Niechybnie czekałby go awantura, że po tak długim czasie przychodzi z pustymi rękami. Ostatnio zbyt często bywał rozkojarzony.

       Niedobrze. Muszę bardziej się pilnować.

     Yùzhào  szanował ojca, ale  nade wszystko kochał swobodę. Zawrócił więc po  swą  zdobycz i ponownie ujrzał oblicze kobiety o włosach w kolorze płomienia. Gdy zamrugała ze zdziwienia, jakby   właśnie   odkryła   jego   istnienie,   poczuł   się   wyjątkowo   nieswojo.  Wówczas  w prymitywnym odruchu  młodzieniec  wrzucił  do  jeziora  spory  kamień,  który  zmącił  spokojne  dotąd  wody  i  zniekształcił  tajemnicze  odbicie. On  sam  zaś  pochwycił  ryby i, więcej się nie oglądając, po prostu uciekł w kierunku osady.

     Jeszcze długo musiał ukrywać przyspieszone bicie serca i urywany oddech po szaleńczym biegu. Z miejsca bowiem zostałby zasypany trudnymi pytaniami, na które póki co nie miał najmniejszej ochoty odpowiadać.

c.d.n.

 


 

©2018 Iwona Anna Dylewicz

 

 

"Ciasteczko z wróżbą" - fragment 3.

Ruda. Po drugiej stronie lustra

      Czas mijał nieubłaganie, a każdy dzień zdawał się być łudząco podobny do poprzedniego. Pomału zaczęły wręcz się zlewać, zacierając ulotne granice między miesiącami. Ponieważ należę do osób aktywnych zwłaszcza nocą, często zdarzało się, że kładłam się dopiero nad ranem. A że lubię spać… Wielokrotnie budziłam się po południu, a nawet późnym wieczorem, co dodatkowo sprawiało, że kalendarz wyraźnie przestał być moim przyjacielem. I tak trwałam. W stanie zawieszenia pośród wspomnień, oczekiwań, nadziei i lęków. Gdzieś pomiędzy. Monotonne życie zakłócały jedynie coraz intensywniejsze sny, podczas których zawsze działo się coś nowego, zaskakującego, a niejednokrotnie przerażającego. Postanowiłam bliżej przyjrzeć się podświadomemu przekazowi informacji i tajemnic. Może wreszcie uda mi się odzyskać utraconą tożsamość albo przynajmniej w jakiejś części zrozumieć siebie…?

       Tego dnia obudziłam się wyjątkowo niespokojna i znów usiadłam do lektury, z kubkiem gorącej kawy w dłoni. Mocny napój błyskawicznie postawił mnie na nogi. Coś jednak nie pozwoliło mi na kolejną intelektualną ucieczkę. I te ciarki wzdłuż kręgosłupa… Brr! Zupełnie nie potrafiłam  pozbyć  się  przykrego  napięcia. Musiałam  choć  trochę  poprawić sobie zły nastrój. A przynajmniej spróbować. Pomyślałam więc o zmianie swego wyglądu, by – jak to żartobliwie określałam – w końcu upodobnić się do człowieka. Przejrzałam najnowsze trendy, wybrałam fryzurę dla siebie i uzbroiłam się w nożyczki.

      Kiedy gotowa na metamorfozę stanęłam przed lustrem, jego gładka dotychczas powierzchnia zmarszczyła się nagle i moje odbicie zafalowało w nim jak we wzburzonej wodzie. Gdy przeszedł mnie dreszcz niepokoju, zamknęłam na moment oczy… Wówczas poczułam dziwną wilgoć na twarzy, jakbym znienacka została... ochlapana! Szybko spojrzałam w lustro. Na skórze prowokująco lśniło kilka kropel, niczym zbiór wykrzykników. Jak dowód winy… Oskarżenie? – przemknęło mi przez myśl. Tego zjawiska wyjaśnić nie potrafiłam. Przecież nawet nie zdążyłam odkręcić wody. Nie były to również moje łzy. Mogłabym natomiast przysiąc, że ktoś podglądał mnie przez niewidzialne okno.

      Jakie moce próbują do mnie dotrzeć? – zastanawiałam się w duchu. Gdzieś w głębi zwierciadła bowiem zamajaczyła niewyraźna twarz młodego mężczyzny. Zdążyłam jeszcze uchwycić jego zadziwione spojrzenie, zanim tajemniczy obraz zniknął.

     To nie był dotychczasowy świat, który już znałam i czasem mogłam kontrolować, niekiedy kreować, a sporadycznie nawet niszczyć. Ujrzałam całkiem inny wymiar, który zaczynał przenikać do mojego życia i stawało się to coraz bardziej intrygujące.

c.d.n.

 


 

©2018 Iwona Anna Dylewicz

 

"Ciasteczko z wróżbą" - fragment 4.

Bezsenność

         Tej nocy Yùzhào nerwowo przewracał  się z boku na bok. Nawet jego łóżko wydawało się dziś być z kamienia. Długo nie mógł zasnąć. Było mu wyjątkowo duszno. Skóra wręcz parzyła. Najlżejszy szelest rozpraszał. Myśli galopowały nieustannie. A za każdym razem, gdy tylko przymknął oczy, pod powiekami pojawiał się wizerunek rudowłosej kobiety. Przywoływała go bezgłośnie. Postanowił więc jak najszybciej rozwikłać tajemnicę obcej. Kiedy wydawało się, że wszyscy w wiosce udali się już na spoczynek, niezauważony wymknął się nad Jezioro Smug. Tymczasem ktoś lodowatym wzrokiem zaczął czujnie obserwować każdy jego ruch.

        Noc była bezwietrzna i nadzwyczaj ciepła. Księżyc niczym niebiańska latarnia oświetlał młodzieńcowi drogę, choć tę Yùzhào znał już prawie na pamięć. Nagle ciszę rozerwał zduszony pisk. Zapewne odgłos udanego polowania jakiegoś drapieżnika. Mężczyzna odruchowo zatrzymał się w pół kroku. Gdzieś w oddali ostrzegawczo zahuczała sowa, trzasnęła znienacka złamana gałąź. Przylegający do osady las żył własnym życiem.

         Dźwięki słyszane w mroku mocno działały na podświadomość. Podsycały wyobraźnię. Czy dlatego w pewnym momencie synowi Szamana wydawało się, że ktoś go śledzi? A może zabłądził? Nie zamierzał jednak rezygnować ze swojej sekretnej wyprawy. Każdy może się pomylić. Przecież droga była prosta. Za dnia… Nocą krajobraz potrafi zmienić się i oszukać najbystrzejszy wzrok. A strach ma wielkie oczy.

        Czasem nic nie dzieje się jak zwykle. Zdezorientowany Yùzhào przetarł dłonią zroszone czoło i spojrzał ponownie. Choć skóra trochę mu cierpła, niezrażony tym młody człowiek odnalazł w końcu właściwą ścieżkę. Szybkim krokiem dotarł nad ciemne i gładkie wody jeziora, tylko gdzieniegdzie muśnięte dziś srebrzystym światłem księżyca i migoczących gwiazd.

        Przypomina  olbrzymie  zwierciadło. –  Mimowolnie  uśmiechnął  się  do  własnych  myśli. – Może po drugiej stronie tajemnicza nieznajoma trzyma je właśnie w dłoni i się w nim przegląda…? – Rozmarzył się.

      Ostrożnie, jakby nie chciał spłoszyć tej wizji, mężczyzna podkradł się nad brzeg jeziora. Poczuł się mocno rozczarowany, gdy w jego toni nie ujrzał oblicza nieznajomej, na co w głębi duszy bardzo liczył. Jednego  tylko  Yùzhào  nie  wiedział.  Tym razem to  kobieta  obserwowała z ciekawością jego przybycie nad wodę, sama będąc ukryta za niewidzialną zasłoną.

      Chyba wybrałem zła porę. – Wyraźnie zawiedziony wrócił do wioski. Po nocnym spacerze sen nadszedł wyjątkowo szybko.

c.d.n.

  


 

©2018 Iwona Anna Dylewicz

 

 

 

"Ciasteczko z wróżbą" - fragment 5.

Ruda. Wymarłe miasto

        Gdybym stwierdziła, że uciekłam od ludzi, aby się umartwiać, skłamałabym. Pragnęłam jedynie odrobiny spokoju, a buntowałam się przeciw złu i walczyłam z uprzedzeniami. Zawsze. Drażniły mnie schematy. Często ryzykowałam, przełamując konwencje. Lubiłam też przekraczać utarte granice. Lecz nie chciałam być ciągle osądzana. Wiecie jak szybko można dorobić się krzywdzącej opinii na swój temat… „Dziwaczka” czy „odludek” to tylko niektóre z epitetów, te najłagodniejsze.  Nie  wspomnę  o  wszechobecnych  stereotypach.  A przecież byłam tylko zwykłą osobą, której jedynie zdarzają się nieprawdopodobne historie.

     Wprawdzie mieszkałam na pustkowiu, lecz odosobnienie miało być jedynie formą wypoczynku, gdyż po ostatnich wydarzeniach czułam się bardzo, ale to bardzo zmęczona. Zaraz po przebudzeniu omiotłam niechętnym spojrzeniem niewielkie pomieszczenie z biurkiem zasypanym rozmaitymi notatkami, fotelem przykrytym niedbale porzuconymi częściami garderoby oraz półką, na której zgromadziłam pokaźną ilość książek. Surowy wygląd wnętrza i lekki bałagan ożywiały jedynie rośliny – moja prywatna dżungla. Zieleń zawsze działała na mnie uspokajająco.

      – Posprzątam jutro – burknęłam pod nosem, wolno wstając.

     Dzień  był  wyjątkowo  ponury i chociaż ciemne chmury całkowicie  zasnuły niebo, a powietrze pachniało deszczem, postanowiłam przerwać tę dobrowolną separację. W  końcu  opuściłam  swą  twierdzę. Mimo  że w każdej chwili mogłam niespodziewanie zmoknąć, z przyjemnością udałam się na spacer, by poznać najbliższą okolicę. Dziś jakoś nie potrafiłam cieszyć się książką, którą czytałam ostatnio. Uciekłam też od porządków, których szczerze nie cierpiałam. Moje myśli natomiast uparcie krążyły gdzieś daleko i, jak to zwykle bywa, nawet nie zdążyłam zauważyć, kiedy zabłądziłam.

      Idąc  tak  przed  siebie  po  nieznanych  mi  dotychczas  terenach,  trafiłam  nad  rzeczkę,  która leniwie płynęła przez niewielki zagajnik. Od dawna nie wychodziłam,  więc  świeże  powietrze  szybko  mnie  odurzyło.  A  intensywny  zapach  igliwia  i butwiejących  liści  sprawił, że  lekko  zakręciło  mi się  w głowie. Nie  ukrywam, że  z kondycją  ostatnio u mnie nie  najlepiej  i  trochę  zmęczył mnie  ten  spacer. Pomyślałam o odpoczynku. Przy okazji chciałam schłodzić twarz i zwilżyć nieco usta. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast własnego odbicia  ujrzałam w lustrze wody oblicze tajemniczego młodzieńca.

       Już drugi raz mi się ukazałeś – stwierdziłam w duchu.

     – Potrzebujesz mojej pomocy? A może to właśnie ja potrzebuję ciebie? – zapytałam głośno. Obraz nieznacznie zafalował. Intuicja mówiła mi, że pakuję się w coś, co będzie mnie drogo kosztować, ale… Ujawnił się mój niewątpliwy talent do komplikowania sobie życia.

     Przyklękłam więc na brzegu i, nie bacząc na krążące opowieści o zamieszkujących takie uroczyska strzygach, wodnikach i innych przerażających stworach, które wciągają nierozważnych śmiałków w zdradliwą toń, śmiało zanurzyłam rękę. Lecz, o dziwo, wizja nie zniknęła, a moja dłoń pozostała sucha. Oczywiście nie wytrzymałam z ciekawości i mimo niebezpieczeństwa pochyliłam się i, jak mi się wydawało, wsadziłam głowę głęboko w nurt rzeki. To, co ujrzałam, nie było zwykłym wodnym środowiskiem pełnym ryb i wodorostów, lecz obrazem ukrytej gdzieś pośród wzgórz wioski. Niedaleko niej znajdowało się jezioro…

      Nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam, więc zanurzyłam twarz ponownie. I raz jeszcze przez moment znalazłam się w innym świecie.

     A gdyby tak po prostu wejść do rzeki? – pomyślałam, zaintrygowana niecodziennym zjawiskiem.

       – Czy wpadnę tam cała? – zachichotałam.

       Nie zastanawiałam się długo. Po prostu musiałam to sprawdzić niezależnie od konsekwencji. Chciałam natychmiast poznać odpowiedź. Szybko zdjęłam obuwie, podwinęłam nogawki i ostrożnie wsadziłam stopy do… cholernie zimnej, prawie lodowatej wody. Brr!!! Całe moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Już po chwili dotknęłam piaszczystego dna, ale poza tym nic innego się nie stało.

      Głowa i  ręce,  czyli aktywny  umysł  i  zwinne  palce.  To  oznacza  tylko  jedno. – Uśmiechnęłam się do siebie z prawdziwą satysfakcją. – Magia!

     Żeby już dłużej nie marznąć, wyskoczyłam z wody i szybko osuszyłam stopy. Pełna dziwnych, momentami sprzecznych myśli, ruszyłam wolno w drogę powrotną. Musiałam jednak z wrażenia pomylić ścieżki, gdyż po długim marszu dotarłam do nieznanego miasteczka. Nawet z daleka wyglądało na zrujnowane i całkowicie wymarłe. Z niepokojem udałam się na rekonesans tajemniczego miejsca.

    Gdy tylko znalazłam się w pobliżu tego architektonicznego cmentarzyska, dopadło mnie koszmarne wrażenie, że zamiast myśli w mojej głowie przesuwają się kawałki kolczastego drutu, boleśnie raniące każdy najdrobniejszy zakątek mojego umysłu. Nie mogąc dłużej znieść tego potwornego bólu, zemdlałam.

c.d.n.

 


 

©2018 Iwona Anna Dylewicz

"Ciasteczko z wróżbą" - fragment 6.

Yùzhào

      Kiedy Ruda wreszcie się ocknęła, ujrzała przed sobą niewysokiego młodzieńca o ujmującym uśmiechu. Siateczka drobnych zmarszczek wyraźnie znaczyła skórę wokół jego ciemnych oczu. Miał wyraźnie orientalne rysy. Spoglądał na kobietę pogodnie, z ufnością. Mimo to zerwała się gwałtownie, gotowa do ucieczki. Obcy powstrzymał ją za ramię.

      – Moje imię brzmi Yùzhào i oznacza wróżbę, przeznaczenie – przedstawił się trochę sztywno, a widząc zaskoczenie na twarzy nieznajomej, dodał pospiesznie: – Jestem synem Szamana. Umiem rozpoznawać pewne znaki, a ty, jak widać, jesteś jednym z nich. Skoro więc ukazałaś mi się w jeziorze, postanowiłem cię odszukać. Przeczuwałem, że twoja osoba jest ważna i możesz nam pomóc.

     – Wystarczy – przerwała zaintrygowana, przypominając sobie zdarzenie przed lustrem. – Czego ode mnie oczekujesz?

     – Pół-widzialny demon jest przeklętym ogniwem łączącym oba nasze światy. – W łagodnym głosie Yùzhào nieoczekiwanie zabrzmiała niepewność. – Gdy u nas sieje zniszczenie i terroryzuje, w twoim najprawdopodobniej odpoczywa. To tylko przypuszczenia, ale nadzieja w tobie…

  – Dlaczego ja? – Ruda zareagowała nerwowo. Nigdy nie lubiła, gdy podejmowano decyzje bez jej zgody. Budziły się w niej wówczas najgorsze instynkty.

    – Pamiętasz, jak zemdlałaś po straszliwym bólu głowy? – wymijająco zapytał młody człowiek.

  Celniej nie mógł trafić. Przytaknęła bez słowa, krzywiąc się na samo wspomnienie. To było naprawdę okropne.

    – Ty wyczuwasz jego obecność mentalnie, zanim się pojawi. – Yùzhào cierpliwie wyjaśniał swoją teorię. Kobiety nie zastanowiło jednak, skąd o tym wszystkim wiedział. – My go możemy zobaczyć. Lecz dzieje się tak dopiero, gdy demon już kończy swe dzieło zniszczenia i z triumfem znika. Później pozostaje dla nas niewidzialny aż do następnego ataku. Tylko ludzie coraz bardziej się boją. – Zmarszczył ciemne brwi, wyraźnie zatroskany. – Chciałbym prosić cię o pomoc. Z twoimi zdolnościami i naszą wiedzą możemy przecież współpracować, a przynajmniej spróbować. Razem na pewno szybciej pokonamy potwora. Inaczej jesteśmy i bezsilni – westchnął ciężko – i bezbronni.

     Usiedli przy niskim stoliku zastawionym aromatycznym jadłem. Choć potrawy kusiły egzotycznym wyglądem i smakowitym zapachem, nikt nie spieszył się do jedzenia. Widmo szalejącego demona sprawiło, że oboje zdążyli już stracić apetyt. Rozmowa wyraźnie przestała się kleić.

    Ruda skwapliwie skorzystała z chwili milczenia. Nie kryjąc swej ciekawości, rozejrzała się wokół i spojrzała pytająco na swego gospodarza. Dobrze patrzyło mu z oczu.

    Yùzhào zrozumiał ją bez słów. Z widoczną ulgą podjął doskonale znany mu temat.

     – Nasze plemię  niegdyś  wędrowało – zaczął opowiadać. – Tak  jeszcze  czynił mój ojciec,  ojciec  mego  ojca  i dawno temu jego ojciec też. Działo się tak niezmiennie z pokolenia na pokolenie, dopóki nie trafiliśmy na wąski strumyk łączący się z górską rzeką. To  on  przywiódł  nas  nad  to  niezwykłe jezioro... Pola wokół  urodzajne,  wody  też  nigdy  nie  brakowało.  Gdy  tu  przybyliśmy,  już myśleliśmy,   że  to   ziemia  obiecana  i przyjęliśmy ją jako dar niebios. Ale wkrótce okazała się być naszym przekleństwem. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, dlaczego ta z pozoru spokojna i przyjazna kraina jest zupełnie niezamieszkana. Ziemia niczyja – dorzucił z przekąsem. – Więc się osiedliliśmy. Od tamtego czasu nie wyruszyliśmy już w żadną drogę. Ten stan trwa aż do teraz. Sam też przyszedłem na świat w  tej  wiosce, nad  Jeziorem  Smug. Oto  cała  historia. – Młodzieniec uśmiechnął się skromnie. Potem głośno westchnął.

     – A teraz chcę, abyś kogoś poznała – zaproponował trochę nieśmiało. – Kogoś, kto ma znacznie więcej wiedzy ode mnie. Naszą  wizytą  zapewne przerwiemy jego medytację – uprzedził  i  cicho dodał: – Niestety. – Lecz widząc pytający wzrok kobiety, wyznał z ociąganiem: – On tego po prostu nie cierpi.

     Na chwilę jeszcze wrócili do rozmowy o demonie. Później Yùzhào zaprowadził Rudą na skraj wioski. Tam, niczym strażnik przy drodze prowadzącej wprost pomiędzy ośnieżone szczyty gór, stał samotnie zwyczajny budynek przykryty czterospadowym dachem o charakterystycznie podgiętych narożach.

c.d.n.

 


 

©2018 Iwona Anna Dylewicz

"Ciasteczko z wróżbą" - fragment 7.

Ruda. U Szamana

      Chwilę później weszliśmy do środka utrzymanej w orientalnym stylu chaty. Jej dekoracyjne wnętrze umiejętnie łączyło w sobie tradycję i nowoczesność. W jednej z izb na drewnianej podłodze domostwa siedział nieruchomo niewysoki, siwy starzec. Miał zamknięte oczy.

     – Witaj ojcze – z respektem powitał go Yùzhào. Gdy ten nie zareagował, mój towarzysz odezwał się ponownie:

      – Pozwól, że ci kogoś przedstawię, ojcze.

    Szaman natychmiast otworzył oczy i spojrzał na nas spode łba. Dla niego byliśmy dwójką intruzów, którzy zupełnie bez powodu zakłócili jego codzienny rytuał. Poczułam się nieswojo. Zauważyłam, że z trudem hamował rosnącą wściekłość. Wtem wrzasnął gniewnie:

    – Znasz zasady! – Pocięta głębokimi bruzdami twarz mężczyzny zdawała się kurczyć przy każdym wypowiadanym słowie, on sam zaś obsesyjnie kojarzył mi się z mumią. – Żadnych obcych! Nie chcę ich widzieć w mojej – natychmiast się poprawił – w naszej wiosce. – Zacisnął pięści i zaklął ordynarnie pod nosem.

       Awantura po prostu wisiała w powietrzu.

     – Ojcze! Ta kobieta… Ona chyba może nam pomóc. – Po naszej wcześniejszej rozmowie w cztery oczy widać było, że Yùzhào nie zamierzał ustąpić.  Sprzeciw wobec  Szamana  musiał  go  jednak  wiele  kosztować. – Przecież o demonie wiem od dawna! – wypalił. – Myślałeś, że się nie zorientuję, że mamy poważny kłopot? – zapytał z lekkim wyrzutem. – Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć?

      Ich napięte relacje widać było gołym okiem. Nikt nawet nie wysilał się, by zrobić dobrą minę do złej gry. Zaczęłam się denerwować.

     – Proszę wysłuchać syna – wtrąciłam w końcu. Jakbym właśnie wkładała kij w mrowisko.

     Szaman  utkwił  we  mnie  niespokojny wzrok i po chwili wahania skinął głową na młodzieńca, pozwalając mu mówić.  Ja  tymczasem  bacznie  obserwowałam  obu mężczyzn.  Młodszy  wydawał  się  być  sympatyczny  i otwarty. W przeciwieństwie do ojca.

     – Kilka razy wymknąłem się na polowanie – natychmiast zaczął Yùzhào. – A właściwie… – urwał nagle. Właśnie zdał sobie sprawę, że naraża się na pewny gniew.  Zasępił się.  Postanowił  jednak  wyznać prawdę. – Żeby zobaczyć jej twarz. W odbiciu jeziora. Od momentu, kiedy ukazała mi się po raz pierwszy, nie mogłem przestać o tym myśleć. To znak. Sam mnie przecież uczyłeś, jak je odczytywać – zwrócił się z szacunkiem do ojca. – Wtedy już wiedziałem, że nawiedza nas demon, gdyż kiedyś, wybacz mi, podsłuchałem twoją rozmowę ze starszymi wioski. Poza tym kilka razy, jak u ciebie nocowałem, mówiłeś przez sen o jakimś Draxxie, więc  połączyłem oba te fakty. Dodałem  jedynie  twoje zamyślone  oblicze i  zmarszczone czoło,  gdy  przyprowadzali  do  ciebie  kolejne ofiary  tego  nieuchwytnego  potwora. Dlatego,  gdy  ponownie  ujrzałem  w wodzie odbicie tej kobiety, poczułem, że ona wie o moim istnieniu. I wówczas stała się rzecz dla mnie kompletnie niezrozumiała. Zobaczyłem w jeziorze obraz jak Ruda, tak każe siebie nazywać, jest bliska omdlenia wywołanego przez ból głowy przy ruinach jakiegoś odległego, dziwnie wymarłego miasta. Wyciągnąłem wiec odruchowo rękę, by ją pochwycić i ochronić przed upadkiem. Tak znalazła się w naszej wiosce. Wówczas już wiedziałem, że wróciła nadzieja, że otrzymaliśmy znak.

 

 

©2018 Iwona Anna Dylewicz